Błędy trenerskie

W ostatnich tygodniach na moim blogu było cicho – liga grecka i kurs instruktorski, połączone z permanentnym brakiem Internetu pisanie skutecznie uniemożliwiły. W planie kolejne przerwy, bo już za tydzień zaczynam turniej w greckiej Kavali, więc dzisiejszy wpis to prawie konieczność.

 

Żeby się dokładnie wytłumaczyć relacjonuję – początek lipca to liga grecka (gdzie grałem wedle zasady „więcej szczęścia niż rozumu”), a tuż po niej kurs instruktorski. W sumie wolałbym zagrać jakiś turniej zamiast spędzać prawie dwa tygodnie na kursie (zwłaszcza, że od marcowych ME zagrałem tylko 5 partii na ligach), ale z uwagi na zmianę w przepisach ( następna edycja kursu zostanie wydłużona w czasie) papierek warto było zdobyć. Kurs był zresztą bardzo silnie obsadzony i arcymistrzów na nim nie brakowało. Trochę więcej na ten temat napisał Bartosz Soćko na swoim blogu

Na szczęście, podczas okresu nieaktywności, blog nadal cieszył się zainteresowaniem. Dyskusje Czytelników przerosły moje oczekiwania i mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej – w końcu wywołanie dyskusji jest jednym z celów tego bloga.

Przy okazji kursu naszło mnie parę przemyśleń, które i wcześniej mnie interesowały. Z uwagi na charakter kursu, najwięcej przemyśleń powędrowało w kierunku trenerów i stosowanych przez nich metod szkoleniowych. To dało mi pomysł na kolejny wpis, który, być może, wznieci dyskusję.

Praca trenera nie jest lekka. Nigdy nie pracowałem jako szkoleniowiec (miałem kilka epizodów na turniejach, ale trenerką tego nazwać nie sposób), więc wszystko co piszę wynika bardziej z moich obserwacji i rozmów niż własnych doświadczeń. Mogę się zatem mylić i chętnie poznam inne opinie. Trenerskie przewiny można podzielić na wiele różnych grup, mi do głowy przychodzi kilka, które wzajemnie się przenikają. Oto one:

1) Krótkowzroczność

Być może największy i najczęściej spotykany błąd trenerów. W każdym sporcie istnieje presja wyników, więc pokusa wygrywania „tu i teraz” jest bardzo duża. W sporcie profesjonalnym, wśród sportowców dojrzałych i ukształtowanych można to jeszcze zrozumieć, choć efekty często są opłakane. W sporcie juniorskim takie postępowanie nie jest niczym innym jak przestępstwem popełnionym na podopiecznych. Niestety, bardzo wielu trenerów nie może oprzeć się wielkim pokusom, jakimi są sukcesy juniorów. Można to zrozumieć, bo kto nie chciałby mieć mistrza Polski, Europy czy świata? Wszystko jest ok, jeśli to przychodzi naturalnie, gorzej (i to spotykamy częściej), że sukcesy te są okupione skrzywieniami, najczęściej debiutowymi.

Przykładów osobowych dawać nie będę, ale każdy, kto choć raz był na MP juniorów widział w akcji zawodników grających debiuty „lewe”, nastawione na proste pułapki, bądź debiuty w stylu „domek”. Spryt trenera w przypadku utalentowanego zawodnika przynosi efekty, są sukcesy, medale, rodzice i zawodnik szczęśliwi, trener dumny. Niestety, potem nieoczekiwanie przychodzi regres, bo zawodnik nauczył się, że wszystko przychodzi mu łatwo, a rywale poprawili swój poziom gry i proste łapki i schematy na nich nie wystarczą. Wyniki i medale były – wyników i sukcesów nie ma, a talent dziecka gdzieś w międzyczasie się ulotnił.

Sukcesy, zwłaszcza wśród dzieci do granicy 12 lat, powinny zejść na dalszy plan. Najważniejsze, nawet kosztem wyników, jest rozszerzanie horyzontów myślowych dziecka i stopniowe podnoszenie poprzeczki. Przyjmuje się, że dzieci w wieku 8-12 lat (mniej więcej) powinny skupić się na treningu ogólnym – w szachach nie powinno być inaczej. Podążając tą regułą należy zachęcać dziecko do gry jak największej ilości debiutów. W efekcie junior poznaje bardzo dużo różnych sytuacji, poznaje pozycje wszystkich rodzajów, a my obserwujemy, gdzie radzi sobie najlepiej, a gdzie idzie mu gorzej. Ciężkie? Bardzo, zwłaszcza dla wyników, bo nie raz i nie dwa dostanie się w łeb od rywala „klepiącego” znane warianty. Ale efekty mogą być rewelacyjne.

2) Ograniczanie repertuaru debiutowego

Do tego punktu przechodzimy bardzo płynnie od poprzedniego, ale kluczowe tutaj są inne aspekty. Często zdarza się tak, że trener, w całkiem dobrej woli, przekazuje to co ma najlepsze swojemu podopiecznemu – czyli debiuty, które zna najlepiej. W pojedynczym przypadku taka sytuacja może się sprawdzić, bo może trener i zawodnik mają podobny styl gry, ale jeśli trener prowadzi kilku podopiecznych i wszystkim pokazuje te same debiuty, to zaczyna to źle wyglądać – każdy zawodnik to osobny przypadek i nie każdego powinno wkładać w te same ramy. Ta sytuacja „uniwersalnego” nauczania jest bardziej niż powszechna. Przyczyny takiego podejścia są różne (może nim być np. lenistwo), ale efekt jest zawsze taki sam – zawodnicy wrzucani są w te same ramy i wiele ich możliwości pozostaje w ukryciu.

Ograniczanie repertuaru debiutowego obserwujemy także w przypadku sukcesów (czyli wracamy do punktu o krótkowzroczności). Zawodnik, dajmy na to mający ustawione debiuty bardzo sensownie, wygrywa i progresuje. Wszyscy wpadają w stan zadowolenia, który sprzyja stagnacji i pozostawaniu przy sprawdzonych rozwiązaniach. I to niestety jest błąd, który często potrafi zatrzymać zawodnika w miejscu.

Debiuty są obecnie dużo ważniejsze niż przed laty i nad ich wyborem warto się naprawdę dobrze zastanowić. Zły wybór może drogo kosztować. Brak wyboru – czyli narzucanie rozwiązań przez trenera – prawie zawsze jest kiepski.

3) Złe stawianie celów i zły plan startów

Cele i starty są ze sobą ściśle powiązane. Często słyszymy od trenerów „Janek ma we wrześniu ME, więc wcześniej musi zagrać jakiś treningowy” i…ze zgrozą widzimy jak utalentowany Janek jedzie na bezsensowny open i gra jeszcze w grupie B. Gra w turniejach „B” to jest w ogóle jakieś przekleństwo naszych juniorów. Turnieje „B” to zawody dla amatorów, a nie dla utalentowanej młodzieży. Ok, często junior nie spełnia wymogów rankingowych, ale od 2000 do powiedzmy 1900 różnica wielka nie jest i prawie każdy organizator przymknie oko na grę młodego zawodnika. A junior na tym skorzysta – lepsze 2 z 9 w turnieju A niż 7 z 9 w turnieju B. Obawiam się jednak, że nie dla każdego jest to oczywiste.

Każdy zawodnik najwięcej korzysta na grze z lepszymi i takich turniejów należy szukać – zwłaszcza, że w przypadku zawodników młodych nie jest to problemem. Gra w słabych turniejach do niczego dobrego nie prowadzi, a wręcz może przyzwyczaić do złych nawyków. Niektórzy próbują bronić występów w słabych turniejach słowami „Czasami warto coś wygrać” albo „Zawodnik musi nauczyć się wygrywać”. Wydaje mi się, że to nie ma sensu – wygrywać potrafi każdy, ale przegrywać już nie. Dlatego warto za młodu zbierać baty, by zrozumieć, że to nieodzowna część szachów. Nie ma sukcesu bez porażek.

4) Zły przykład i brak reżimu

Trener powinien być dla podopiecznego wzorem. Nie tylko szachowym, ale także osobowościowym. Ten pierwszy element często jest spełniony, drugi dużo rzadziej. Szachowy trener spędza z dzieckiem bardzo dużo czasu, dużo więcej niż trenerzy innych dyscyplin – turnieje w końcu trwają bardzo długo. Wpływ trenera na młodą osobę jest zatem znaczny. Jasne jest więc, że trener musi być osobą na poziomie. Niestety, często jest wręcz inaczej, a trenerskich słabości w tym aspekcie jest bez liku.

Brakuje także reżimu. Trenerzy, którzy potrafili narzucić reżim, szkoleniowy i turniejowy, w Polsce byli (są) zupełnie nieliczni. A bez reżimu o wyniki bardzo ciężko.

5) Rozpieszczanie zawodnika

To także często spotykana sytuacja. Trener przygotowuje zawodnikowi debiut i warianty, analizuje za niego partie, nie zmusza go do żadnego wysiłku. Słowem – nie jest trenerem, a raczej usługodawcą, który robi to co podopieczny sobie zażyczy. Najczęściej spotykana jest sytuacja opracowywania zawodnikowi wariantów. Na początkowym etapie kariery jest to nieodzowne, ale wraz ze wzrostem siły gry zawodnika należy usamodzielniać. Wielu było szachistów, którzy bez trenera byli zupełnie bezbronni i tonęli w oceanie debiutowej wiedzy.

Zapewne można wymienić jeszcze sporo trenerskich przewin bądź niedopatrzeń, ale dostałem kilka uwag, że wpisy które popełniam są za długie. Więc poprzestanę na tych pięciu słabo rozwiniętych błędach. Mam nadzieję, że Czytelnicy – zwłaszcza trenerzy – włączą się do dyskusji i dorzucą do niej swoje trzy grosze.

Ciekaw jestem co będzie jak spojrzę na ten wpis za kilka-kilkanaście lat, oczywiście jeśli zostanę trenerem szachowym 🙂 Na pewno łatwiej pisać o trenerskich błędach z boku…

28 komentarzy

  • Leszek
    24 lipca 2011 - 00:29 | Permalink

    Witam, coś nowego i jak zwykle interesującego, sam jestem ciekawy co napiszą trenerzy ( sam kiedyś myślałem o nauczaniu, ale z różnych powodów nie mogę, np. trzeba mieć dokument no i najlepiej dużą wiedzę) bo też mam nadzieję że tacy się znajdą. A tak nawiasem pisząc, to zastanawiające jest to, jak szachy są zagadkowe i chyba mało poznane, ile jeszcze o nich nie wiemy i czy kiedykolwiek poznamy i uporządkujem… raczej nie, choćby to że ilość kombinacji na szachownicy, jest większa od ilości atomów we wszechświecie !

  • 24 lipca 2011 - 09:03 | Permalink

    Sprawa wczesnych wyników ma drugie dno: małe kluby często żyją z różnych form dotacji, pokazanie wychowanych medalistów ma tu spore znaczenie. A starszego zawodnika nie pokażą, bo w tym wieku będzie on już grał dla większego klubu

  • Monika
    24 lipca 2011 - 09:17 | Permalink

    Co do złych planów startowych to wydaje mi się, że właśnie niestety nie zawsze organizatorzy chcą przymknąć oko nawet na kilkadziesiąt (zbliżające się do kilkunastu) oczek różnicy między rankingiem zawodnika a pułapem przyjmowania do danego turnieju, a tym bardziej jeśli różnica to prawie 100 oczek. Nie mówię tego z doświadczeń a jedynie własnych przemyśleń. Mądrzy więc trenerzy i rodzice, którzy szukają jak najsilniejszych turniejów na starty dla zdolnych juniorów..

  • eszton
    24 lipca 2011 - 11:33 | Permalink

    Z trzyletniego doświadczenia pracy z dziećmi i młodzieżą napiszę tak: nawet jeśli instruktor nie popełni żadnego z wymienionych błędów, to są jeszcze RODZICE.
    Dialog z ojcem finalisty mistrzostw Polski do lat 12(Unieście – marzec 2011) wyglądał w moim przypadku tak:
    Ja: „Jeśli chciałby Pan, żeby syn w przyszłym roku znowu znalazł się w finale MP to musi on grać więcej partii turniejowych. Klub nie jest w stanie finansować wszystkich wyjazdów, dlatego musiałby Pan zaangażować się finansowo. Chciałbym, żeby w okresie wakacji syn zagrał przynajmniej w jednym turnieju, w Mistrzostwach Gdańska”.
    Ojciec: „Niestety mamy inne plany na wakacje”
    Jak w takim przypadku sensownie ułożyć plan startów zawodnika?

  • KAŁASZNIKOW
    24 lipca 2011 - 14:13 | Permalink

    Moim zdaniem , to właśnie wakacje są najlepszym okresem dla dzieci i młodziezy jezeli chodzi o starty . Przy obecnej organizacji turniejów wielodniowych w całej Polsce , gdzie turnieje połaczone sa z aktywnym wypoczynkiem daje to wielkie korzyści . Rodzice , którzy niezaabsorbowani wiekszymi lub mniejszymi problemami ze szkoła własnych pociech , powinni miec swiadomość pozytywnego wpływu wakacji z szachami . Oczywiście turnieje w tym okresie maja rózną range i poziom . Wiec teraz wkracza instruktor czy trener i ustawia starty swoich podopiecznych pod konkretne turnieje . Od zawsze w takich kwestiach na pierwszy plan wkraczaja pieniadze . I należy mieć nadzieję , że w przyszłości będzie ich więcej . A teraz jeżeli chodzi o rodziców . Są rodzice ,którzy w mniejszym lub wiekszym stopniu angażuja sie w procesy szkolenia swoich pociech . A sa i tacy co nie robia tego wcale . Przykład ? Ja jako młody szachista 20 lat temu , chodziłem do klubu . Moi rodzice raz , że nie umieli grać w szachy to zajęci do kompletnie pracą , wiedzieli tylko , że chodze do klubu i to wszystko . I takich dzieciaków w Polsce jest wiecej . Zresztą i w innych dyscyplinach jest podobnie .

  • 24 lipca 2011 - 15:06 | Permalink

    Któż nie robi błędów? Osobiście wolałbym podyskutować o dobrych, sprawdzonych metodach trenerskich, niż o błędach. W tym przypadku zakładamy, że młody człowiek już „połknął haczyk” i chce grać w szachy. Jestem od ponad roku instruktorem, wcześniej zajmowałem się tym amatorsko, niejako przy okazji – z racji pracy w szkole. W nauczaniu szachów jest pewnie tak jak w życiu – coś co dla jednego jest dobre, dla drugiego może być szkodliwe. Rolą trenera/instruktora jest … umiejętne odkrycie, co będzie dobre dla danego/konkretnego zawodnika. Dla przykładu ad „1) Krótkowzroczność” – ja pokazuję swoim wychowankom „szewczyka” ale z komentarzem, że nie warto tego grać, bo wczesne wyprowadzenie hetmana, przy prawidłowej grze przeciwnika może się źle skończyć. (Chociaż widziałem partię Nakamury z innym arcymistrzem, gdzie udowadniał, że można taki debiut grać nawet z mocnymi przeciwnikami) Miałem jednego wychowanka, który uporczywie grywał w ten sposób z różnym skutkiem. Czy moim błędem było, że pozwalałem mu tak grać? Trudno moim zdaniem odpowiedzieć na to pytanie. Ja pracuję „u podstaw” tzn. próbuję nauczyć dzieci gry tj. zapoznać z zasadmi i ewentualnie zachęcić do dalszej aktywności. Nie miałem do tej pory szansy na pracę czysto trenerską tzn. prowadzenie konkretnego zawodnika. Pracuję w małym środowisku, nie miałem jeszcze szczęścia trafić na dzieci zamożnych rodziców, którzy chcieliby zainwestować w rozwój swojego dziecka. Do tej pory, to raczej ja dopłacam do aktywności moich wychowanków 🙂

  • KAŁASZNIKOW
    24 lipca 2011 - 17:55 | Permalink

    Kolejny instruktor , przywołuje temat pieniędzy . Tylko czy mozna kogoś tutaj winić za ich brak ? Nie każdego rodzica stać na dopłacanie do edukacji szachowej swoich dzieci . Ale również kluby nie dysponuja takimi środkami jakimi by chciały . Kwestia relacji rodzic- klub w tym momencie zakłada , że rodzice nie „przeszkadzaja ” ( widząc zainteresowanie swoich dzieci szachami oczywiście ) w edukacji szachowej swoich dzieci, a klub robi wszystko ( w miarę swoich możliwości ) aby tą edukacje prowadzić . Kazdy proces szkolenia jest dobry gdy przynosi efekty . I tu na pewno odezwą się głosy , ze jedni będa odnosić szybciej sukcesy drudzy później . Ale znowu wracamy do kwesti pieniędzy jako jednego z ważniejszych czynników do prowadzenia młodego szachisty.

  • 24 lipca 2011 - 20:17 | Permalink

    Gratulacje – to na początek.

    Ad 1. To zaobserwowałem (okiem czytającego prasę szachową amatora) sam. Wydaje mi się to szczególnie paradoksalne zjawisko. Trener prący na „tu i teraz” kosztem przyszłych wyników przypomina mi szachistę, który widzi niebronionego pionka, więc go bierze, a mat za 3 ruchy jest już albo poza jego horyzontem liczenia, albo… widzi go, ale pociesza się tą chwilą, kiedy to miał pionka więcej przeciwko arcymistrzowi. Paradoksalne, bo jednak trener musi być również szachistą nie najgorszej klasy. Nie musi grać lepiej niż zawodnik (i w przypadku światowej czołówki, nawet szerokiej, chyba zwykle nie gra), ale poziom kandydata na mistrza wydaje się pewnym minimum.

    Ad 2. Doświadczyłem tego na początku. Mój trener miał co prawda tylko II kategorię i tylko jeden debiut znał na tyle, żeby mi coś o nim opowiedzieć, ale parł na używanie przeze mnie tego debiutu ze względu właśnie na to. Szczęśliwie trafił ze stylem.

    Ad 3. Z punktu widzenia trenera czy juniora racja, ale z punktu widzenia zawodnika 2000+ zapisanego do turnieju A, w którym 2000+ jest wymogiem, skojarzenie go w dowolnej rundzie z zawodnikiem 2000- jest oszustwem ze strony organizatora!!! Ja na przykład złożyłbym oficjalny protest, gdyby regulamin nie przewidywał explicite możliwości startu w turnieju poza własną pulą rankingową pod pewnymi warunkami. Ja płacę za rozegranie dziewięciu partii z zawodnikiem o co najmniej takim rankingu, być może mi się to nie uda z winy przeciwnika (walkower), ale nie powinno mi się to nie udawać z winy umyślnej organizatora. Zapis „organizator zastrzega sobie prawo przyjęcia wg własnego uznania do turnieju osób nie spełniających kryteriów rankingowych” jest OK.

    Ad 4. Wydaje mi się to lekką przesadą. Osobowość i charakter młodego człowieka kształtuje się w wieku, w którym i tak na poważnym, wyjazdowym turnieju powinien towarzyszyć mu rodzic, i to on powinien przede wszystkim być wzorem osobowościowym.

    Ad 5. „usługodawcą” 🙂

  • Shrek1953
    25 lipca 2011 - 01:30 | Permalink

    Błędów ,które robią trenerzy i instruktorzy jest co niemiara ale tak jest zawsze, gdyż mamy do czynienia z bardzo subtelną materią w postaci psychiki dziecka, którą nie jest łatwo przeniknąć. Stąd problem w ustaleniu poziomu motywacji, mogącej się zmieniać wraz z wiekiem i przeżyciami. gdy jeszcze dojdzie do tego nie zawsze wyraźnie określone stanowisko rodziców to ilość zmiennych jest tak duża, że nie jest lekko. Oczywiście i trener i instruktor powinien posiadać odpowiednią wiedzę tak szachową jak i pedagogiczna. Mieć sporo doświadczenia w pracy z dziećmi a jak tego nie ma to entuzjazm, który w końcu poprowadzi we właściwym kierunku. Słowem duży problem i temat rzeka.
    Mam nadzieję, że moi koledzy trenerzy wypowiedzą także. Mają wiele przemyśleń, doświadczeń, które czasem krążą tylko w naszym kręgu.
    Niektóre z nich postaram się w miarę możliwości czasowych przedstawić na tym forum

  • Uczeń
    25 lipca 2011 - 03:07 | Permalink

    Zdarzają się też trenerzy którzy zwyczajnie rozpijają juniorów. Modelowym przykładem jest znany trener Zbigniew Sz. Juniorom prowadzonym przez tego „szkoleniowca” trzęsą się ręce w czasie partii jeśli nie łykną gorzały.

    • Shrek1953
      25 lipca 2011 - 18:29 | Permalink

      Czy byłeś uczniem Z.Sz ,że tak dobrze znasz temat?

  • jurek
    25 lipca 2011 - 17:14 | Permalink

    Ad1)
    Przyznaję całkowicie rację. Dlatego bardzo ważna jest rozmowa szkoleniowca z rodzicami. Jeśli trafi się na mądrych ludzi, to dobrze zrozumieją o co w tym wszystkim chodzi. Dziecko i tak będzie wygrywać w lokalnych turniejach czy zawodach szkolnych ale celem nadrzędnym jest uzyskanie dobrych podstaw.
    Każdy trener ma swoje metody pracy, ja zbyt duży nacisk kładłem na technikę gry i rozwiązywanie kombinacji zbyt mało czasu poświęcając na debiuty.
    Niestety muszę się przyznać, że zdarzyło mi się pokazać „lewy” debiut dla juniora ale…
    Po pierwsze zdarzyło się to kilka razy gdy dziecko było w dołku psychicznym i partia wygrana pułapką w kilkanaście minut pomogła mu dojść do siebie.
    A po drugie – tłumaczyłem, że taka gra jest krótkowzroczna i wystarczy tylko na amatorów.
    Oczywiście nigdy nie pozwalałem na taką grę moim podopieczni na makroregionie czy w finałach MP.
    Nie bez znaczenia jest też fakt, że często zawodników zaczyna szkolić przypadkowa osoba, bez wiedzy, warsztatu czy umiejętności pracy z dziećmi. Warto w tym miejscu zadać pytanie – w przypadku małych miejscowości co jest lepsze byle jaki trener czy jego brak ?

    Ad2)
    Przyznać trzeba rację – zawodnik musi być wszechstronny, grać różne typy pozycji bo to bardzo rozwija szachowo.
    Ale może i lepiej, że słabszy trener pokazuje „swoje” ograne debiuty, niż miałby po łebkach pokazywać coś innego o czym sam nie ma pojęcia.
    Obecnie na wysokim poziomie źle rozegrany debiut czy podejrzany wariant to zero w tabeli.

    Ad3)
    Nic dodać nic ująć.
    Podkreślam to co napisałem odnoście pkt1 – ważna jest współpraca z rodzicami. Oni muszą wiedzieć dlaczego opiekun ich dziecka każe grać mu w silnej grupie za cenę zajęcia ostatnich miejsc a nie wstawia do turnieju dla „klientów”.

    Ad4)
    Szkoda, że Pan nie ciągnie dalej że chodzi o alkohol. To niestety przekleństwo szachów. Sam wywalałem zawodników po alkoholu z turniejów co wywoływało ich ogromnie zdziwienie „ bo przecież arbiter FIDE xxx nigdy mnie nie wyrzucił a byłem gorzej pijany „ itd.
    Sam nigdy, powtarzam nigdy na turnieju gdzie byłem opiekunem grupy juniorów nie wypiłem nawet piwa. A wielu wybitnych szkoleniowców słaniało się na nogach. A potem byli trenerami kadry i nikomu jakoś to nie przeszkadzało. Myślę że wielu wie o kim (i o czym) mówię.

    Ad5)
    Najtrudniejszym zadaniem dla trenera jest nauczenie zawodnika samodzielnej pracy. Czego ja nie wymyślałem: zeszyt pracy samodzielnej, zadania domowe, rozmowa z rodzicami.

    Przy okazji gratulacje, mimo że nie wszystkie Pana poglądy (z wcześniejszych wpisów) podzielam, to przyznam, że blog porusza ważne problemy dla szachów w Polsce.

  • drucker
    26 lipca 2011 - 19:55 | Permalink

    nie na temat, ale wie ktoś jak wygląda cała drabinka pucharu świata?

  • Blackjack
    27 lipca 2011 - 03:21 | Permalink

    Bardzo się cieszę z powstania i gratuluję blogu Mateusza ( podoba mi się także podobna inicjatywa Bartosza i Moniki Soćko). Nareszcie nowe pokolenie ( sam należę do poprzedniego) naszej czołówki dzieli się swoją wiedzą, jednocześnie poszukując rad i odpowiedzi na istotne dla rozwoju szachów i szachistów pytań. Podoba mi się zarówno forma jak i kultura przedstawianych i omawianych spraw. Oczywiście szachy to niezmierzony ocean możliwości, ale właśnie porównywanie własnych przemyśleń i doświadczeń daje szanse na znalezienie własnej, indywidualnej drogi rozwoju, niezależnie czy to dotyczy aktywnego zawodnika, czy też ambitnego instruktora, czy trenera.
    Każda forma działalności szachowej wymaga nieustannego samokształcenia. Dobrze, że spora grupa młodych polskich wyczynowych szachistów ( i nie tylko) kończy kursy instruktorskie. Chciałbym ich zachęcić do dalszej edukacji ( nie tylko tej formalnej w formie kursów), gdyż to daje szanse rozwoju swojej kultury szachowej i warsztatu trenerskiego, koniecznego do dobrego prowadzenia swoich podopiecznych i uniknięcia wszelkich „dróg na skróty”, który unicestwiły już wiele prawdziwych talentów. Ponadto z własnego doświadczenia wiem jak przydaje się w praktyce wiele informacji dotyczących problemów wyczynowego sportu, które specjaliści przekazują na kursach doskonalenia na podwyższanie kwalifikacji na trenerów II i I klasy.
    Cieszy mnie odzew i próby dyskusji ( niezależnie od tego, ze zawsze znajdą się chętni do wykorzystywania internetu jako swego rodzaju „spluwaczki” ) przez wielu amatorów lub także próbujących dopiero swojej drogi sportowej zawodników i instruktorów szachowych w Polsce.
    Myślę, że mamy ciekawy moment na wyprowadzenie szeregu ważnych spraw dla rozwoju wyczynowych szachów w kraju na właściwe tory. Nowy ( od dwóch lat) Prezes – Tomasz Sielicki, jego wizje, menedżerskie doświadczenie i szachowa pasja to szansa dla całego środowiska.
    W szachach nie tak szybko zdobywa się prawdziwą klasę i najwyższe tytuły, dlatego chyba jeszcze trochę potrwa, byśmy doczekali się szachowego „Małysza” lub jak kto woli „polskiego Carlsena”, ale trzeba pracować w tym kierunku.
    Potrzebne jest dobre szkolenie szerokiej ( z uwagi na popularność szachów wśród dzieci w kraju) grupy juniorów i budowanie dla nich właściwego fundamentu zdobywania wiedzy i kultury szachowej. Pamiętajmy, że jak twierdzili najwięksi mistrzowie szachownicy- prawdziwych szachów nie można nauczyć, ale można nauczyć się ich uczyć.
    Nauka dobrych szachów opiera się nie na pamięci ( chociaż ta się przydaje), ale na zrozumieniu.
    Podstawą jest przekazanie i wyjaśniania zrozumienia szachów, ocen i wewnętrznej konstrukcji.
    Sam miałem szczęście grywać i dzielić się wiedzą z arcymistrzami ( a nawet mistrzami świata) poprzednich epok, uznawanych chyba słusznie za złoty okres szachów.
    Dzisiaj takie możliwości z różnych przyczyn mamy ograniczone, ale pamiętajmy, że nadal prawdziwa wiedza zawarta jest w dobrych książkach, a takie można łatwo zdobyć.
    Niedawno miałem okazje przeprowadzić wielogodzinne rozmowy z wybitny szachistą i trenerem – arcymistrzem Mihailem Gurevichem, który pomagał trenersko min. Kasparowowi ( w meczach z Karpowem ), Anandowi, Topalowowi, Leko, a aktualnie jest trenerem federacji Turcji, gdzie postęp poziomu gry młodych szachistów jest bardzo wyraźny. Dodatkowo konsultuje kilku wybitnych młodych arcymistrzów na świecie ( w tym, co chyba nie jest tajemnicą, naszych arcymistrzów- autora bloga i Darka Świercza ).
    Dla chętnych podpatrywania warsztatu najlepszych szachowych trenerów ( chociaż nie ma tutaj żadnych tajemnic i sztuczek, bo szachy nie są oparte na sztuczkach, ale na rzetelnej wiedzy i pracy ), „na dobry początek” podpowiem, że przyszli mistrzowie powinni w pierwszej kolejności zapoznać się z twórczością mistrzów świata – wszystkich!
    Najlepiej jak kolejno będą kolejno przeglądać partie z meczy o mistrzostwo świata, jednocześnie, równolegle samemu je analizując. Takie analizy ( oczywiście bez żadnych Rybek, Fritzów itp.) powinny być zapisane, a następnie wspólnie z trenerem poprawione.
    Takich partii z meczy o mistrzostwo świata jest chyba ponad tysiąc! i żeby tę KONIECZNĄ pracę wykonać trzeba będzie zapewne zrezygnować z szeregu turniejów, medali i pucharów, a w tygodniu poświęcić szachom min. ok. 20 godzin.
    Pamiętajmy jednak, że nauczyć się gry w szachy jest łatwo, ale nauczyć się grać naprawdę dobrze już trudno.
    Myślę, że żeby ostatecznie nie zniechęcić do próby gonienia światowej czołówki, ta jedna podpowiedź na początek wystarczy.
    Gdyby pojawiło się życzenie, chętnie podam opisy innych fragmentów wierzchołka góry lodowej na którą wspinają się przyszli championi.
    Powodzenia !

  • chess instructor
    27 lipca 2011 - 10:35 | Permalink

    Wydaje mi się, iż sukces w wieku +12 nie zależy aż tak bardzo od rodzaju debiutów wprowadonych przez trenera. Znacznie ważniejszymi czynnikami są wrodzone zdolności ucznia, jego cechy charakterologiczne, ambicja, pracowitość, motywacja, upór itp. Niestety, trener czasami pozostaje bezradny wobec braku postępu u zawodnika, który np. przestaje się interesować szachami i inwestuje tylko w naukę. Z kolei, jak mawia jeden ze znanych w Polsce szkoleniowców, niektórzy młodzi zawodnicy robią postepy, pomimo tego, że trenerzy im w tym przeszkadzają ;-).
    Kolosalne znaczenia ma też stosunek rodziców do gry królewskiej. Nie na darmo A. Modzelan (w pełni się z nim zgadzam) twierdzi, że największym wrogiem nauczyciela szachowego jest rodzic dziecka! Ale może być też jego największym sprzymierzeńcem…
    Wreszcie, chciałbym zwrócić uwagę na ostatni aspekt wymieniony we wpisie. Jest prawdą, że niektórzy trenerzy rozpieszczają zawodników, ale ja widzę to rozpieszczanie bardziej przez nadmierne chwalenie juniorów; bezpośrednio, czy na stronach internetowych. Psucie ich charakterów. Sam autor wpisu twierdzi, że lepiej zrobić 2 z 9 w silnym turnieju, niż 7 z 9 w słabym. Tym bardziej nie rozumiem nadmuchiwania balonu propagandy sukcesu, zwłaszcza wobec dzieci w wieku przedszkolnym. Jest to niepedagogiczne. Zero pokory, a dziecko albo będzie bufonowate, albo przy pierwszych porażkach się zniechęci. Dlatego ważne jest prowadzenie zawodników w poczuciu szacunku dla przeciwników (R. Fischer by się pewnie ze mną nie zgodził 😉 i uczenie ich właściwego podejścia do swoich sukcesów i porażek (być skromnym po zwycięstwach, a z porażek wyciągać wnioski – uczyć sie na błędach).

  • Shrek1953
    27 lipca 2011 - 23:45 | Permalink

    Ad1) Do błędów krótkowzroczności dodałbym często spotykaną motywację „kasa najważniejsza”
    Jest bardzo ważna ale ,gdy nie ma pasji a trener – instruktor nie za bardzo lubi same szachy czy też pracę z dziećmi to rezultat jest oczywisty.
    Prowadząc od kilku lat kursy widzę, że na przeciętnie 40 osób uczestniczących w nich jakieś 5 zdecydowanie nadaje się do pracy z dziećmi i dalsze 5 pozwala mieć nadzieję. Pozostali chcą tylko papierka, który się przyda do wyrywania kasy od rodziców. Rodziców często zdezorientowanych bo małym dzieciom można przez jakiś czas opowiadać co się chce. Trudno jest zweryfikować trenera-instruktora w takiej hermetycznej dziedzinie.
    A dlaczego jest to krótkowzroczne ,choć można taki proceder dość długo uprawiać?
    Ano dlatego, że zniechęcić można dziecko i rodziców a przecież szachy są fascynującą przygodą i nie każdy się do nich garnie.
    Zwłaszcza w dzisiejszych czasach jest to jeden z wielkich błędów trenerów-instruktorów.

  • Shrek1953
    28 lipca 2011 - 00:03 | Permalink

    Ad2) Jak największa wszechstronność! To jasne, że dziecko nie powinno się zamykać w jakimś znanym wąskim obszarze ale jest to bardzo silna tendencja i często presja wywierana przez rodziców jest bardzo silna. Spotkałem sie wielokrotnie z mnie czy bardziej delikatnymi uwagami typu ” mógłby Pan coś z debiutów pokazać bo dzieciak słabo je zna” Tymczasem dziecko przykładowo podstawia figury gra na pułapki prostackie wręcz zagrania własnego lub zespołowego „chowu”
    A nie jest łatwo tą tendencje przebić. Rodzice oczywiście chcą jak najlepiej ale nie wiedzą jak to ma być i działają często w oparciu o opinie innych, można rzec rodem z reklamy „wiodących rodziców”.
    A wyniki sportowe w wieku 10-12 lat mogą być doskonałą okazją do wielkiego skoku ale mogą być też początkiem upadku. szachy przestają być niekiedy przygodą a stają się źródłem prestiżu , realizacją ambicji rodziców .
    często zarówno dziecko jak i trener-instruktor są pod bardzo silna presją i naprawdę trudno jest wybrnąć z takich sytuacji z korzyścią przede wszystkim dla dziecka.
    Jeden z zapaleńców szachowych lat 26 upodobał sobie partię angielską białymi i nie chce o niczym innym słyszeć ale to człowiek dorosły i po uświadomieniu mu co jest na rzeczy prosiłem tylko aby juniorom nie zaszczepił takiej postawy.
    Jednak często mam też do czynienia z tak silnym oporem ze strony dzieci, że aż ręce opadają. To co znane jest bliskie ,sprawdzone , choćby w niewielkim stopniu a to co nieznane może odrzucać, wywoływać reakcję lekową. Zwłaszcza, gdy dziecko boi się przegranej co jest bardzo częstym zjawiskiem.

  • Shrek1953
    28 lipca 2011 - 01:18 | Permalink

    Ad3) Najczęstszym wręcz nie do wykorzenienia błędem jest granie w słabych turniejach w ramach dowartościowania się. Jeśli raz na jakiś czas to niech będzie ale jeśli są jakieś aspiracje to jest to prosta droga do zguby. wiele razy dzieci mi przyrzekały, że już nigdy ,że teraz to już wiem ale wizja jakiejkolwiek nagrody lub wyprzedzenia rywali klubowych niweczyła wszelkie plany. i nie chodzi tu o wyczyn ale nawet o przyjemność z grania w szachy co nie zawsze idzie w parze.
    Jaka to przyjemność ogrywać słabych i nawet nie spróbować rzucić wyzwania swym nawykom.
    prowadzi to do swoistego „skarlenia”.
    I tu trenerzy-instruktorzy powinni interweniować jeśli oczywiście mogą cokolwiek zrobić.

  • Shrek1953
    28 lipca 2011 - 19:08 | Permalink

    Ad4) To wszystko prawda tylko kto chce takiego reżimu poza zgrupowaniami? Kto pozwoli go sobie narzucić?. Gdy prowadzimy zajęcia w tym samym miejscu z ta sama grupą juniorów to owszem. Ale w innych przypadkach można natrafić na opór nie do pokonania. złe nawyki oraz w sumie nieuporządkowana motywacja dają postawę typu „luzik” I tu niewiele można zrobić. Co innego, gdy jest właściwa, silna motywacja. Wtedy wszystko jest dużo prostsze. Ale tak bywa rzadko. Poza tym jest pytanie w czym powinien być wzorem trener dla ucznia? Mnie przykładowo trener nauczył umiejętności krytycznej analizy co było wspaniałe jak patrzę s perspektywy lat, choć w życiu codziennym ani światopoglądzie ani gdzie indziej takim wzorem być nie mógł.
    Trudny temat bo każdy jest trochę inny, ma inną skale ocen. Dla mnie wystarczy aby trener był całkowicie oddany szachom i swoim uczniom, Stał za nimi murem, był wystarczająco zainteresowany własnym rozwojem , szeroko rozumianym i był uczciwy w tym co robi. Reszta to już raczej bajka.Oczywiście nie znaczy to, że usprawiedliwiam picie alkoholu i inne ludzie przywary.
    Nie wymagajmy cudów. Proszę popatrzeć na sylwetki trenerów tych bardzo znanych, choćby z literatury. Jest w ich charakterze prawie zawsze mieszana takich cech, że dla pewnych uczniów będą nie do zaakceptowania.
    O wielu trenerach słyszałem skrajne opinie, które dla wypowiadających je były absolutnie prawdziwe ale były to przecież ich wizje.
    Myślę, że każdy powinien tu trafić na swego trenera takiego, który zapewni mu możliwość wzrastania tak szachowego jak i innego.
    Nie jest to łatwe ale możliwe

  • Shrek1953
    28 lipca 2011 - 23:44 | Permalink

    Ad5) Tak, na początkowym etapie jest to nieodzowne, choć i tu znam zadziwiające przypadki.otóż jeden ze znanych trenerów raz kiedyś opracował materiały debiutowe i kolejni przychodzący do klubu zawodnicy z braku wyboru grają to co ich starsi koledzy. Zatem błędem jest tu lenistwo i wpadanie w schemat.
    A później to także zależy od tego z kim pracujemy. Z moich doświadczeń wynika, że rzadko kto chce się uniezależnić bo wygodniej jest aby robiono coś za nas.
    Wiele dołożyłem starań aby tych z ,którymi pracowałem i pracuję uniezależnić ale skutki są mierne.
    Działa efekt”gotowca” bo po co się uczyć, ślęczeć kiedy jest tyle wspaniałych rzeczy do zrobienia, tyle gier i wszelkich innych zajęć.nie pisze tego z goryczą.Takie są moje wieloletnie obserwacje.
    W takiej sytuacji staram się jak mogę ale niewiele mogę…

    I na koniec temat tu właściwie nie przywołany jako oddzielny: Wyręczanie się komputerem w każdej prawie sytuacji.
    Przy przygotowaniu można szybko ustalić kto i co gra ale analizy , samodzielne bądź wspólne dochodzenie do prawdy analitycznej jest zjawiskiem tak rzadkim jak nosorożec w Afryce. Jest to gatunek na wymarciu.
    program analizujący może to za nas zrobić ale tylko własny wysiłkiem może tu coś wnieść do naszego wzrastania. Żaden to wysiłek włączyć Fritza i obserwować jak ten kalkulator szachowy mieli cyferki w okienku wskazując na moje ulubione 0.28.
    o metodach pracy najwięcej napisał Dworecki i radzę przeczytać to co miał i ma do powiedzenia bo trudno znaleźć trenera o tak wielkim doświadczeniu, który chciałby się tym doświadczeniem dzielić.
    Widać u niego poszukiwanie metody pracy a cóż za metoda to, gdy włączamy Fritza i pozornie mamy problem z głowy. Wiele można by tu napisać o zaletach używania komputera ale równie dużo o wadach.
    Nie mogę zgodzić się z argumentem jednego z trenerów, że teraz tak się nie pracuje. Zależy kto i z kim. A tego nie napisał. Czy wszyscy, dzieci, starcy itd.
    A gdzie tu przygoda, satysfakcja ze znalezienia pomysłu a nie tylko wyczytanie czegoś na monitorze.
    Wystarczy przeczytać to co napisał Blackjack aby zobaczyć, że jednak pracuje się inaczej i są pozytywne tego skutki.
    Pamiętajmy też, że mało kto zostanie zawodowcem szachowym a trener-instruktor powinien przyjąć to co do niego przychodzi z pokorą i robić to najlepiej jak potrafi. Aby dzieci polubiły szachy, mogły się poprzez nie wyrazić, zostać może sponsorami, może utalentowanymi amatorami,życzliwymi szachom i szachistom. Nie wrzucajmy wszystkiego do worka zawodowstwa.
    Łatwo jest doradzać, gdy się nie bierze za nic odpowiedzialności. To do tych, którzy tylko o wyczynie mówią i zalecają aby wszystko podporządkować szachom
    Szachy to przygoda intelektualna, szkoła charakteru, spotkanie z ludźmi, walka, przyjaźń z kimś z kim przyjdzie nam grać ważne partie.
    To dużo więcej niż tylko wynik w tabeli.

  • Shrek1953
    30 lipca 2011 - 19:20 | Permalink

    Jeszcze w związku że stwierdzeniem ,że „teraz tak się nie pracuje”. Skomentował to świetnie znany trener z Gorzowa A.Cz „jeśli nawet tak jest to tylko ze szkodą dla szachów”

  • Shrek1953
    31 lipca 2011 - 02:57 | Permalink

    Przydałby się także temat : Błędy zawodników

  • Sławek K
    1 sierpnia 2011 - 17:37 | Permalink

    B. ciekawy temat, trudno przecenić autorytet trenera jak i np. nauczyciela. Pozdrawiam

    • Shrek1953
      1 sierpnia 2011 - 23:03 | Permalink

      Ciekawy, podobnie jak i temat trenerskich błędów. Niestety jak widać zainteresowanie jest powiedziałbym umiarkowane.

      • Sławek
        2 sierpnia 2011 - 16:57 | Permalink

        Ja osobiście nigdy nie „pracowałem” z trenerem… więc nie mam o czym się wypowiadać, za to z uwagą czytam – w myśl zasady uczyć się na błędach innych 😉

        • Shrek1953
          2 sierpnia 2011 - 22:38 | Permalink

          Słusznie! Lepiej na cudzych niż na własnych, chociaż te własne bardziej raniąc, lepiej zapadają w serce. najważniejsze aby zdać sobie sprawę, że nie ma w szachach żadnych skrótów. Trzeba zagrać i oczywiście przegrać odpowiednią ilość partii, Nauczyć się sztuki analizy, oceny pozycji i to oczywiście bez użycia komputera. trzeba zrozumieć na czym polega błąd a nie wyczytać „gotowca”
          z monitora. Co ciekawe jeden z trenerów mówił ni, że jego podopieczny pól godziny po partii ma już komentarze do niej! Tylko co to za komentarze/ Co zrozumiał? proces oceny pozycji jest bardzo złożony i nawet doświadczonym zawodnikom przytrafia się robić duże błędy w ocenie.
          Dobrze jest analizować partie klasyków z komentarzem opisowym aby niejako oczyma tychże klasyków spojrzeć na szachy. W książkach Dworeckiego, które są dostępne w języku polskim jest spory zbiór świetnych partii z bardzo głębokim komentarzem. Może to być bardzo trudne na początku ale musi zaprocentować!

  • Shrek1953
    16 sierpnia 2011 - 00:27 | Permalink

    Na marginesie sukcesu Darka Świercza i nie tylko chciałbym napisać o jednej z przywar ludzkich , będących niekiedy udziałem trenerów.Starałem się to wyjaśnić na blogu Jerzego Konikowskiego ale zostałem zignorowany niepoważnymi wpisami a później zbanowany.
    Sprawa wydaje mi się na tyle ważna, że postanowiłem jednak napisać kilka słów.Otóż dobry trener powinien bez względu na okoliczności wzmacniać swego ucznia i sprzyjać mu nawet po ustaniu współpracy. Po co pretensje, rozliczenia? Czemu to ma służyć.Jasne, że każdy ma swą skale ocen i tak czy inaczej będzie ważył to co w życiu robi. jednak trzeba mieć na uwadze.
    A w przypadku Darka już pojawił się wpis jak to posłuchał on rady Jerzego Konikowskiego i dzięki temu został MŚ!
    Trochę umiaru. Czy wiemy co robi Darek , jak pracuje nad szachami? Czy znamy wszystkie szczegóły projektu w jakim uczestniczy? ja wiem tylko niewiele, tyle co od innych trenerów.
    Przypisywanie sobie autorstwa tylko najlepszego czynu, nieomylnego działania jest potrzebne jako swego rodzaju „przecinak” ale jako metoda?trener powinien zdawać sobie sprawę, że jest tylko jednym z czynników kumulujących się w sukces zawodnika. W tych ocenach Darka, Piotra Murdzi oraz Oleksandra Sulypy zostali oni potraktowani jak frajerzy, którzy nie mają pojęcia o tym co robią. Prezes został opluty bo upublicznił korespondencję z Jerzym Konikowski a tenże Jerzy uważa, że można spokojnie upubliczniać inna korespondencje bo tak mu się podoba. I osławiona już „klauzula tajności” co raz działa a raz nie. Reasumując trener nie powinien być człowiekiem konfliktowym. Musi być silny i zdecydowany ale nie może wprowadzać atmosfery horroru, tylko dlatego, że jak twierdzi „ma rację”.
    Jeszcze raz powtórzę, że dobry trener to taki, który przede wszystkim jeździ na turniej i jest na dobre i złe ze swym uczniem.
    Jeśli nie to ma pojęcie blade o tym jakie problemy może napotkać trener i uczeń w czasie współpracy a szczególnie na turnieju.
    Sprowadzanie wszystkiego do doboru repertuaru debiutowego jest chorobliwym ograniczeniem i może więcej szkody przynieść niż korzyści. Jaja w każdym razie uważam, że trzeba poznać dobrze innych trenerów, ich słabe i silne strony ale także swoje słabe lub silne strony. Niedawno na stronie chesss.pro Mark Dworecki komentując ostatnie drużynowe MŚ , przyznał, że on sam nie bardzo nadaje się na trenera drużyny! Podobnie jak zawodnik tak i trener powinien być samokrytyczny, gdyż inaczej ugrzęźnie na mieliźnie samouwielbienia.
    To już chyba wszystko co miałem na ten temat do powiedzenia

  • Shrek1953
    16 sierpnia 2011 - 11:24 | Permalink

    Przepraszam za literówki ale spieszyłem się

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *