Dawnych szachów czar

19
135

Miałem ochotę napisać o tym, miałem ochotę napisać o tamtym, a ostatecznie napiszę o zupełnie czym innym. Szachy te, które znaliśmy (a przynajmniej znamy z książek) z czasów Capablanki czy Alechina, różnią się zupełnie od szachów, które znamy dziś. Nawet szachy z czasów Karpowa i Kasparowa to zupełnie co innego niż szachy czasów Ananda, Topałowa czy Wojtaszka. I właśnie o tych zmianach chciałem nieco napisać.

A o czym miałem zamiar pisać wcześniej? Kilka słów o lidze włoskiej, w której zagrała czwórka Polaków: Soćko, Macieja, Antoniewski i Olszewski. Tylko po co mam się produkować na temat tego turnieju, skoro Bartosz Soćko na swojej od niedawna działającej stronie już wszystko opisał? Wyjątkowo interesująca relacja wisi od dzisiaj na stronie rodziny Soćków. Zachęcam do lektury!

Miałem także ochotę napisać co nieco o życzliwo-złośliwych komentatorach życia szachowego w Polsce. W zasadzie bardziej złośliwych niż życzliwych, bo pseudożyczliwy jest jedynie ton ich wszystkowiedzących wypowiedzi, natomiast cały przekaz jest zazwyczaj wyraźnie dokuczliwy. Nie wiem co takiego jest w środowisku szachowym, ale ilość ludzi posiadających monopol na prawdę (a nie posiadających przy tym merytorycznego zaplecza do wydawania rzeczowych opinii) jest absolutnie zaskakująca. Pewnie jednak się nie powstrzymam i prędzej czy później coś mi się „wymsknie”…

Wróćmy jednak do tematu, który nie tyle mnie dręczy, co często mi towarzyszy. Czyli do tematu zmian w królewskiej grze.

Kiedy zaczynałem grać w szachy, czyli na początku lat dziewięćdziesiątych, w szachach jeszcze spotykało się odkładanie partii. Miałem to szczęście (bo samo odkładanie partii i możliwość ingerowania w przebieg pojedynku przez osoby trzecie jest dla mnie nie do pomyślenia), że nigdy nie zagrałem w turnieju z odkładanymi partiami, ale wcale nie dużo do tego brakowało.
Odkładanie partii dość płynnie przeszło w tempo siedmiogodzinne. „Poważne”, bo grane w turniejach dla dorosłych, tempo to 2 godziny na 40 posunięć, następnie godzina na następnych 20 posunięć i do tego 30 minut na dokończenie partii. Żadnego dodawania, bo wówczas zegarów elektronicznych jeszcze nie było (a panowały – w lepszych turniejach – niemieckie Garde, lub częściej, tandetne Jantary z Rosji).

Zegary… Właśnie te stare zegary i to stare tempo odeszły już w niepamięć. A wraz z nimi odszedł (no dobrze – odchodzi – w końcu czasami można jeszcze spotkać zegary analogowe) pewien urok, pewna część naszej dyscypliny. Ciche tykanie zegarów dodawało szachowym turniejom niepowtarzalnej melodii, aury tajemniczości i skupienia. Tak jak na meczu piłkarskim mamy szum kibiców („PZPN, PZPN,…”), tak na szachowych turniejach mieliśmy szum zegarów… Starych, dobrych zegarów!

Te same wysłużone zegary, na których niekiedy bardzo ciężko było przewidzieć moment kiedy wskazówka już musi opaść, były także aktorami w teatrze niedoczasów. Jakież to były emocje, gdy śledziliśmy zawodników mających minutę (bez dodawania, bez dodawania!) na, powiedzmy ostatnich 20 posunięć! Śp. Jacek Bednarski to na naszym podwórku chyba jeden z najsłynniejszych „niedoczasowców”, który walkę z czasem i zegarem toczył niemal codziennie. Niejedną batalię stoczył także Bartłomiej Macieja, który walczy nadal, ale przy dodawaniu sekund ta walka jest jakby pozbawiona emocji. Ok, zawsze jest ten element niepewności „A może zapomni, a może nie zdąży, a może…”, ale to już nie to samo…

Siedmiogodzinne tempo, które przyznam bardzo lubiłem, najpierw zmodyfikowano na tzw. tempo stambulskie (wprowadzono je na Olimpiadzie w Stambule w roku 2000) – tj. 100 minut na 40 posunięć + 50 minut na 20 posunięć + 15 minut do końca partii, a od początku partii dodawano 30 sekund. Czar „starych” niedoczasów (i tykanie zegarów też!) poszedł w niebyt, za to poziom partii na tym skorzystał. Do zresztą dzisiaj sądzę, że takie tempo pozwala na partie na najwyższym poziomie.

Wypróbowanie „dodawanych sekund”, czyli tempa Fischera, było zaproszeniem do skracania czasu gry. Nie mogło zatem dziwić, gdy już – jeśli się nie mylę – w 2001 lub 2002 roku tempo 90 minut na całą partię + 30 sekund na dokończenie zostało uznane za oficjalne tempo FIDE. To znaczy, nie mogła dziwić zmiana, natomiast dziwiły jej rozmiary – z długich, niekiedy siedmiogodzinnych zmagań, partie skróciły się do 3,5 godzinnych „przebieżek”. Tempo to długo nie przetrwało (teraz mamy dodawane 30 minut po 40 posunięciach), ale nadal nie brakuje zawodników, którzy je wręcz uwielbiali. Tak czy owak, gramy teraz znacznie szybciej i krócej (co prawda panie na naszych mistrzostwach potrafią nawet takim tempem grać 7,5 godziny…). Gramy też gorzej. Zawodnicy często tłumaczą „wiesz, byłem już na 30 sekundach, no to zagrałem spokojniej”. Decyzja często zrozumiała, ale wiadomo, że nie optymalna.
Jednak to, że nie jest to decyzja najlepsza, nie znaczy, że to źle. Szachy zyskały na tym jako sport, rywalizacja, straciły jako nauka, w której zawsze poszukujemy najlepszych rozwiązań.

Jeśli jednak mowa o nauce, no to wychodzimy, w ostatnich latach na zero – wszystko dzięki komputerom. Albo – jak kto woli – przez komputery. Chociaż debiuty rozpracowywano już od setek lat, a nie brakowało takich, którzy przez ich rozpracowanie wieszczyli remisową śmierć szachów – jak choćby wielki Jose Raul Capablanca, to dopiero wejście „silikonowych przyjaciół” zrewolucjonizowało podejście do szachów. „Naukowe” traktowanie debiutów postępowało stopniowo. Pracę w tym kierunku zapoczątkował Botwinnik, który nie tylko wymyślał, ale rozpracowywał całe systemy debiutowe. Potem pracą nad otwarciami zajęło się całe imperium radzieckich arcymistrzów, co dało ZSRR wielką przewagę nad resztą zawodników – w dobie permanentnego braku informacji nawet powierzchowne opracowanie wariantów dawało wielkie efekty. Najwyższy poziom przygotowania „sztabowego” osiągnął Kasparow. Legendarny Garrik, na którego sukces pracowała grupa (duża grupa, bardzo duża grupa?) arcymistrzów przygotowanie miał nie z tej ziemi. Cała tzw. radziecka szkoła szachowa opierała się na ogromnej przewadze polegającej na wspólnej pracy nad otwarciami, na dostępie do najlepszych szachowych periodyków. Gdy informacja stała się powszechna, nagle okazało się, że Rosjanie wcale już nie są szachowym narodem wybranym i coraz trudniej przychodzi im utrzymywanie swojej dominującej pozycji na świecie (jeśli jeszcze ją mają…)
Przygotowanie Kasparowa i jemu współczesnych było jednak typowo ludzkie, pełne wszelkiego rodzaju dziur. Nawet najlepsi takich pomyłek nie mogli uniknąć. To sprawiało zatem, że można było stosować teorię „świeżej głowy” i na partię iść bez większego przygotowania. Ba, byli zawodnicy, prezentujący bardzo wysoki poziom, którzy debiutów, poza czasami juniorskimi, w ogóle nie studiowali. Mieli inne zalety i uważali, że debiut wcale im do szczęścia potrzebny nie jest. Teraz tak się nie da.

Obecnie praca debiutowa bez komputera nie ma miejsca. Po prostu nie ma. Dzięki temu coraz mniej jest ewidentnych wpadek, coraz częściej przygotowuje się debiuty, warianty „na jedną partię”. Jednak przygotowanie to jest – obiektywnie rzecz biorąc – lepsze, z naukowego punktu widzenia patrząc. Niektórych to zniechęca, zwłaszcza tych, których uważają, że to przygotowanie bez udziału człowieka. Tacy ludzie się mylą. Skoro każdy ma komputer, każdy ma te same programy, to właśnie rola człowieka jest decydująca. To człowiek decyduje, która pozycja daje mu większe szanse „w praktycznej grze”, to człowiek ocenia gdzie trzeba analizować dalej. Wiele osób zresztą tego nie rozumie.

Ale odbiegamy od tematu. Bo było przecież o czym innym. Komputery dały szachom wiele, ale też wiele zabrały. Plusy i minusy chyba się równoważą, ale… Najwięcej na pojawieniu się programów szachowych straciła reputacja arcymistrzowska. Kiedyś gdy amatorzy siedzieli w klubie, kawiarni czy w parku, analizując partie, podchodził do nich arcymistrz (mistrz, kandydat) i mówił „O pacany, to nie tak…!” albo ledwie zerkając na szachownicę „Białe mają kompletnie wygraną pozycję” – z dalszym uzasadnieniem tego faktu w zależności od wydarzeń na szachownicy. Teraz nikt tak nie powie, bo narazić się może tylko na śmieszność. Ba, teraz arcymistrzowie – z własnego doświadczenia na turnieju w Lublinie mówię – boją się pokazać dopiero co zagraną partię przed kamerą w obawie powiedzenia „czegoś głupiego”.
Na wejściu komputerów straciło też analizowanie partii. Dawniej analiza zajmowała nierzadko drugie tyle co sam pojedynek w turnieju – ciekawa partia, długie dysputy, kolejne pomysły i ich obalenia. Teraz raz, dwa, trzy – i zawodnicy dochodzą do konsensusu – po co dłużej patrzyć tę ciekawą pozycję, skoro komputer i tak pokaże prawdę. No i niestety pokaże, śmiejąc się zawodnikom w twarz.

Wspomniana wcześniej praca nad debiutami wychodzi na zero. Kiedyś była to sprawa niemalże romantyczna – wymyślanie nowych idei, całych wariantów, znajdowanych w kościele, pociągu, podczas spotkania towarzyskiego. Oczywiście, pomysłów najczęściej nie do końca dobrych. Teraz pomysły te również muszą być kreatywne, ale i tak będą podrasowane komputerową myślą. Będą jednak znacznie lepsze i lepiej sprawdzone. Obiektywnie najlepsze (lub zbliżone) – nauka się cieszy.

Ewidentnie na pojawieniu się komputerów zyskali kibice. Raz, że nie muszą się fatygować na salę gry (a to z kolei dla samych szachów strata, bo puste sale gry – no tak, bo nie tykają zegary! – robią kiepskie wrażenie…) – bo mają transmisję na żywo, dwa, że od razu są w stanie sprawdzić kto i gdzie popełnił błąd – komputer prawdę powie Ci.

Pora kończyć mój i tak już przydługi wpis. Reasumując to czym chciałem się podzielić. Szachy zmieniły się, ale nie wiadomo czy na lepsze czy na gorsze. Są po prostu inne. Tak samo jak inaczej ogląda się piłkarskie mecz z lat 70-ych, gdzie zawodnicy w ogóle nie wiedzieli co to jest pressing, tak samo jak koszykarze z lat 80-ych wyglądali jak wysocy chudzielce, tak samo inaczej odbiera się teraz szachy. Zawsze będę darzył sentymentem stare szachowe czasy, Kasparowa i Karpowa, tak samo jak ludzie do dzisiaj wspominają Pelego czy Maradonę. Ale tak samo będę z przyjemnością oglądał Ananda i Topałowa i ich długie batalie w Grunfeldzie jak walkę Messiego z Cristiano Ronaldo. Coś za coś, choć sentyment do tych tykających zegarów… A może… zegary elektroniczne mogłyby wydawać dźwięk tykania? 🙂

Zapraszam Czytelników do podzielenia się swoimi opiniami na temat tych szachowych zmian, które cały czas zachodzą. Co jest lepsze, co jest gorsze, za czym tęsknimy, a co nas cieszy.

19 KOMENTARZE

  1. Odkładanie partii w dobie komputerów nie ma większego sensu, ale kiedyś to była prawdziwa szkoła analizy. Co do merytoryczności komentarzy to pisać je każdy może, jeden lepiej drugi gorzej, nie masz Mateuszu co się obrażać. Nie tylko arcymistrzowie grywają w szachy.

  2. Co prawda, to prawda. Tempo zostało skrócone w celu uatrakcyjnienia sportu. Choć przeciętnej osobie nie robi chyba różnicy czy partia trwa 3,5h czy 7h. Tak czy inaczej jest to dla takiej osoby zbyt długie, a co za tym idzie nudne. Jednak z drugiej strony turniej staje się łatwiejszy do pokonania gdy gramy codziennie do góra 4-5h niż tak jak wcześniej to bywało. Pamiętam, gdy mając 12 lat na MP w Kołobrzegu jednego dnia były rozgrywane 2 rundy. Rano moja partia trwała 6h , a popołudniu 5,5h. Łatwo się domyślić, że takim tempem szybko można było zajechać takich zawodników. Na pewno lżej grać nowym czasem.

    Jak wspomniałeś, komputery to straszny bat na zawodników. Bardzo śmieszy kiedy ludzie pokroju 1600-2200 podchodzą do arcymistrza i tłumaczą jak prosto mógł uzyskać przewagę, bądź też wygrać, zremisować partię. Ale to już odrębna historia.

    P.S. O walce Messiego i Cristiano R. nie może być mowy. Krystyna nie ma szans. Dziś zapewne się o tym przekonamy:)

  3. Niestety te nowoczesne podejście do szachów zeszło na sam dół na poziom podstawowego szkolenia szachowego i niestety zabiło wiele z cech prawdziwego szachisty. Teraz instruktorzy ida na łatwiznę i ucza dzieciaki na „pamięć” zamiast rozumienia szachów. A jakie są wyniki takiego szkolenia sami widzimy.
    Może warto wrócić do korzeni…

  4. Czytając Pańskie przemyślenia na temat zmian w szachach bezpośrednich na przestrzeni lat chciałbym się także odnieść do roli komputerów w dyscyplinie pokrewnej (przez niektórych może nawet uznawanej niesłusznie za „namiastkę” szachów) – mianowicie w szachach korespondencyjnych. Od wielu lat (blisko 26)gram w szachy korespondencyjne, mam tytuł starszego mistrza międzynarodowego (SIM) i w dorobku brązowy medal olimpijski w drużynie polskiej na XIII Olimpiadzie Szachowej ICCF (jedyny w historii medal olimpijski w szachach w Polsce!). Nie trzeba grać w szachy, żeby domyślać się, jak duże znaczenie, zwłaszcza w grze korespondencyjnej, mają obecnie komputery. Sam osobiście korzystam z komputera, bo nie wyobrażam sobie gry w poważnych turniejach korespondencyjnych (mistrzowskich) bez takiego wsparcia. I z takiego wsparcia oraz z dostępu do różnych baz (np. Chessbase) naturalnie korzysta większość (o ile nie wszyscy) zawodnicy grający korespondencyjnie, bo po prostu nie da się w dzisiejszych czasach „ograć” przeciwnika bez takiej pomocy. Ale ponieważ komputery są już tak powszechne w użyciu, więc pod tym względem szanse sie wyrównują i pozostaje znowu czynnik ludzki – jako ten decydujący ostatecznie o wyniku partii. I to wciąż nie zmieniło się, pomimo „wejścia do gry komputerów”. O ile jeszcze 10-15 lat temu znacznie łatwiej było wygrać partię korespondencyjną, ze względu na różnice w poziomie gry programów szachowych i dostęp do baz komputerowych, o tyle obecnie wygranie partii korespondencyjnej staje się coraz trudniejsze. Kiedyś korzystało się głównie z podręczników szachowych, czasopism, opracowań, obecnie dominuje wykorzystanie dostępu do obszernych i ciągle aktualizowanych baz szachowych oraz coraz lepszych programów szachowych. Nie jest także dziwne to, że współczesne partie korespondencyjne (zwłaszcza te grane przez zawodników o rankingu > 2400) stoją na bardzo wysokim poziomie (często nieosiągalnym dla partii bezpośrednich) i, choć nie pozbawione błędów (bo koniec końców szachy to przecież gra błędów – ten kto zrobi ich mniej – wygrywa), to jest ich znacznie mniej, bądź mają zwykle mniejszy ciężar gatunkowy. Wynika to z oczywistego wsparcia taktycznego ze strony komputera i wnikliwej analizy pozycji, jak również dostępności rozpracowanych baz końcówek. To jest niewątpliwie ta lepsza strona – partie na coraz wyższym poziomie, czasamo wręcz fantastycznie wysokim.
    Istota partii korespondencyjnej sprowadza się więc w zasadzie do wyboru odpowiedniej strategii i umiejętnego dobrania debiutów. Coraz trudniej jest zaskoczyć czymś przeciwnika w szachach korespondencyjnych – trzeba polegać przede wszystkim na solidności debiutów i dogłębnej analizie gry środkowej, a także umieć wykorzystywac nawet najdrobniejsze niedokładności partnera. Partie korespondencyjne bywają przez to może bardziej nudne – bo pozbawione takich wyraźnych błędów – to jest może ta gorsza strona, ale (proszę mi wierzyć) potrafią dalej także dostarczyć wielkiej satysfakcji.
    Życzę Panu dalszych osiągnięć w grze i takiego, pełnego zapału, zajmowania się problematyką szachową w naszym kraju!

  5. No, nareszcie! Cieszę się Panie Mateuszu, że zrealizował Pan pomysł prowadzenia blogu szachowego, o którym dyskutowaliśmy już wcześniej! W ogóle coś ruszyło! Strona związkowa wreszcie zaczęła być interesująca (niestety, po przejęciu od Pana „Mata” i zakończeniu pracy przez p. Przybylskiego znów nieco „siadła”), dziś odkryłem również stronę p. Soćków i ten blog! Wreszcie będzie można śledzić informacje szachowe na polskojęzycznych stronach! Gratulacje i tak trzymać! A przy okazji gratulacje dla Pana i am. Wojtaszka za mistrzostwo naszych południowych sąsiadów (przepraszam, że dopiero teraz!)

  6. Tak. Jak daleko zmieniły się szachy daje się najbardziej odczuć, gdy na sale turniejową wchodzą zaawansowani dość w latach szachiści, którzy w rozmowach często powracają do tej magii, czaru naszej dyscypliny sprzed lat. Jeśli chodzi o zegary ledwie się załapałem na kilka turniejów w którym „tykanie” dziesiątków zegarów przenosiło mnie w jakiś inny wymiar.Na swoim blogu często wracam do tych dawnych czasów, o których piszesz Mateuszu i ze smutkiem stwierdzam, że nie powrócą już. Szkoda tylko, że obecny w naszych czasach pośpiech zakradł się i do szachów, gdzie coraz popularniejsze staje się absurdalne tempo gry 90 min. na partie plus 30 sek. na posunięcie. Sam wiesz jak wyglądają te partie. Zmienia się całkowicie „optyka” partii: debiut,pół godzinki strategii i już 30 minut na zegarze i zaczyna się „aktyw” z dodawanym czasem. Czy o to chodzi w szachach i czy w dobrym kierunku to zmierza Mateuszu?

    • Panie Ryszardzie!
      A próbował pan z Nim rozmawiać? Bo wielu ludziom się ta sztuka nie udała, choć bardzo się starali.
      Z poważaniem!

  7. Chciałem wtrącić parę słów o Konikowskim. Jakoś wszyscy z nim walczą, wykazując swoją rację, że on więcej o tym wie. Konikowski w wielu wypadkach ma rację, o metodach treningowych przez e’mail itp. On chce pomóc polskim szachistom i szachom Polski. Ale wszyscy są niezadowoleni, bo ich rozumowanie jest lepsze (skąd my to znamy?). W Niemczech nie jest łatwo być dobrym fachowcem dotyczącym szachów i utrzymywać się na wyżynach, a tam bardzo go cenią i szanują. Warto zmienić stosunek do wspaniałego i cenionego fachowca. Jeżeli ktoś z nim walczy, to szkodzi polskim szachom i nie zasługuje na szacunek. Mówię to głośno i wprost. Trzeba szanować poglądy innego człowieka i umieć z nim rozmawiać.
    RS

  8. Nie zauważyłem, żeby WSZYSCY walczyli z p. Konikowskim. Raczej to on prowokuje swoimi personalnymi atakami w am. Bartla. Chyba już napisał 16 odcinków telenoweli „Mateusz Bartel w nowej roli” i szybko zrównuje się z „Modą na sukces”.Część z tych wpisów nie ma nic z nim wspólnego.
    A szkolenie prze email nie jest pomysłem p. Konikowskiego, on tylko o tym mówi/pisze. Równie dobrze może pisac o oddychaniu powietrzem i jeszcze je próbować opatentować. Nie trzeba być wybitnym trenerem, aby wiedzieć, że w treningu szachisty internet jest podstawowym elementem treningu. Jak cos chce powiedzieć, to niech raczej zaprezentuje swoje (konkretne) autorskie metody treningowe, które są unikalne i które są stosowane przez jego uczniów.
    Tak na marginesie (niezależnie od p. Konikowskiego), to akurat podawanie Niemiec jako kraju fachowców od treningów nie jest najlepsze. Ja nie znam żadnego rodowitego niemca, ktory coś w szachach znaczy – czy seniora, czy juniora. A my mamy ich jednak paru (szczególnie dzieci).

    • Panie chesskibic, proszę się nie ośmieszać. Większość polskich szachistów chce mieć tylko własny interes, nic dla szachów Polski. Tak jak zakichani politycy, aby własna kieszeń była pełna. Ile zlIkwidowano fabryk? Ile sprzedano banków? Fibaka nie wysyłano na imprezy, sam wyjechał i zdyskwalifikowano go. Pytel był dwa razy mistrzem Polski i nie wysyłano go, zrobił to co Fibak i w pewnym okresie wygrał 9 kolejnych openów. Dlatego boli was prawda Konikowskiego. Kiedy Polacy będą Polakami? Na razie między sobą są wilkami. Amen.
      RS

  9. Wraz ze zmianami w samej grze w szachy , zmieniły się również zasady , formy i metody treningowe . I jak to teraz wyglada z goła odmiennie niz np. 30 lat temu . Ale dlaczego ( tak wnioskuje ) uważacie , ze trening z komputerem i internetem jest lepszy od starych wydawnictw ksiażkowych wielkich arcymistrzów. Przecież to wszystko co przerabiane jest w internecie ma swoje odzwierciedlenie na papierowych kartach histori w literaturze szachowej . ( od tego sie wszystko zaczęło ) Osobiście uważam , ze tak na dobra sprawę ta potęzna wiedza , którą daje internen , w osobie pojedyńczego szachisty ( w jego przygotowaniu ) odgrywa znikomą rolę . A lbo inaczej , jest to 1 promil wykorzystanej wiedzy . Program szachowy pokazuje najlepsze posunięcie , ale czy napewno . Zakładajac , że partię szachów wygrywa zawodnik , który nie popełnił błedu lub popełnich ich mniej , możemy przedłożyć również na walke z komputerem najwyższej klasy. Jeżeli , ani zawodnik , ani komputer nie popełni błedu , jaki bedzie wynik?
    Z goła odmiennym problemem jest uzywanie programów szachowych do gry korespondencyjnej . Uważam , że taka gra nie ma najmniejszego sensu , bo przecież graja ze soba de facto programy , a nie ludzie.
    I już na zakończenie . Pan Mateusz ma rację , szachy sie zmieniły , ale komputery , programy sa tylko dodatkiem do gry i wpisuja sie we współczesny kanon cywilizacyjny i nic poza tym . Wszystkim życzę sukcesów w szachach grajac twarzą w twarz z prawdziwym przeciwnikiem na prawdziwej desce w duchu idei i propagowania szachów jako sposobu na zycie .

  10. Polemika na temat Pana Konikowskiego , jest zbyteczna , chociażby z powodów dla których ludzie z nim wspópracują jak i dla tych co tego nie robią . Każdy ma swoje zdanie na ten temat i jako obserwator powiedzmy nie zależny mogę przyznać rację każdej ze stron jak i żadnej . Postawmy dwuch wybitnych trenerów szachowych obok siebie . Pan X i Pan Y . Wielkość ich kunsztu trenerskiego poznamy dopiero po wynikach jakie osiągaja jego wychowankowie . I tak np. Pan X , całkowicie niewidoczny , cichy i skromny trener , nikomu nie żucający sie w oczy – jego wychowankowie zdobywają np. 3 i 8 miejsce na MEJ . Pan Y , bardzo medialny , wygłasza własne tezy na temat szachów i wszystkiego co z nimi zwiazane obalając tym samym ( słusznie lub nie) pozostałe. A jego wychowankowie zajmuja na tej samej imprezie np. 45 i 89 miejsce . Więc jakiego trenera należało by słuchać ? ? ? ? Ano żadnego . Dlaczego ? bo pierwszy ma program treningowy pod swoich wychowanków , a oni robia wyniki . Drugi po wynikach wychowanków widać , że jest dość słaby , a medialną improwizacją tuszuje swoje słabości . W innym wątku pisałem o gwiazdorstwie w sporcie , i tu również można dolepić podobne tezy.

    • Szanowny Kałasznikowie!
      Polemika na temat J.Konikowskiego jest stratą czasu. Niech Ci co uważają, że jest najlepszym polskim trenerem ( p.Kledzik przykładowo) pozostaną w takim mniemaniu.
      Całkowicie się z Panem zgadzam!
      Można wprawdzie porównać trenerów na starej zasadzie ” po owocach ich poznacie” ale temu kto sam był trenowany przez kogoś kto z nim był na turniejach, wierzył w niego i stał za nim murem nie potrzeba żadnej propagandy. I kitu medialnego.
      Rosjanie mieli i mają kilku wspaniałych trenerów mało znanych, nie medialnych.
      W Polsce też widziałem kilku ludzi, którzy nie muszą poszukiwać uznania.
      Wychowankowie i ich rodzice wiedzą najlepiej.
      W dzisiejszych szachach brakuje mi jako szachowemu „starcowi” przede wszystkim spotkań z ludźmi. Przy szachownicy a nie przez internet. Nie da się tego zmienić bo czasu nie cofniemy ale nie zapominajmy jak ważna jest nasz fizyczność, bezpośredni kontakt pomiędzy ludźmi.Szczególnie w przypadku młodych adeptów gry królewskiej.
      W treningu jest to bardzo istotne!
      Z poważaniem!

    • Nie chcę przez swą wypowiedz deprecjonować medali i tytułów zdobytych przez wspaniałych młodych ludzi pod wodzą trenerów. Zresztą i tu nie ma do kogo porównać działalności J.K bo większość polskich trenerów wyprzedza Go o wiele długości.

  11. Dla mnie szachy obecne są zupełnie inne niż te 10, 20 czy 30 lat temu. Miałem to szczęście, że doświadczyłem wiele razy tykania zegara, ciszy na sali turniejowej i wyczekiwanie na „ostatni pojedynek”, który miał miejsce, gdy obaj zawodnicy grali partię (ligową czy turniejową na 1 czy 1,5godz. bez dodawanego czasu) na wiszących chorągiewkach.

    Jeśli chodzi o wejście komputerów w świat szachowy, to jestem bardzo mile zaskoczony, gdyż w końcu możemy grać „poważne szachy”: nie te, które grali zawodnicy 100 czy 150 lat temu. Teraz zwykły amator poziomu 1600-2000 jest w stanie tak przygotować sobie debiut (wariant), że do 20 ruchu nie wpadnie w żadną pułapkę debiutową. Ba! Czasem przygotowania debiutowe dzięki komputerowi (ach te bazy danych i elektroniczne książki) są tak dobre i głębokie, że dany gracz „odklepie” tak mocno wariant, że przeciwnik zdąży się „wysypać”. I zanim na dobre zacznie coś myśleć… partia będzie już rozstrzygnięta.

    Pomimo tego, że pewne rzeczy (z „tamtych lat”) już nie wrócą, to mam podobne zdanie jak autor: jestem w stanie zachwycać się genialnymi partiami Laskera, ale widząc współczesne perełki Carlsena, Ananda czy Gelfanda… również widać ogrom wysiłku włożonego w partię. Natomiast to, że poziom szachowy wzrósł do niespotykanej dotąd jakości… to tylko się wypada cieszyć! Zwłaszcza jeśli szachy porównujemy do nauki, korzyści związanych z logicznym (a więc „prawdziwym” na zasadzie 1 lub 0, prawda – fałsz) myśleniem, wnioskowaniem i podejmowaniem decyzji.

  12. ” A może… zegary elektroniczne mogłyby wydawać dźwięk tykania? ” Świetny pomysł i przy obecnej technice chyba wykonalny. Jestem zdecydowanie za!

Comments are closed.