Emocjonujący początek w Londynie

Za nami trzy pierwsze partie turnieju pretendentów. Po nieco ponad 1/5 turnieju znamy już odpowiedź na kilka przedstartowych pytań. Mamy także samodzielnego lidera – Lewona Aroniana.


Pytanie, na które mamy dość konkretną odpowiedź dotyczy tego, kto do Londynu nie wziął ze sobą formy. Na pewno mało kto spodziewał się, że w tak wyrównanej stawce, już na tak wczesnym etapie, ktoś dozna dwóch porażek. Nieoczekiwanie, mamy aż dwóch takich zawodników – Borysa Gelfanda oraz Wasilija Iwańczuka. Używanie mają zwolennicy odsyłania zasłużonych mistrzów na emerytury – weterani „64” pól, mający odpowiednio 45 (Gelfand) oraz 44 (Iwańczuk) lat, w stolicy Wielkiej Brytanii grają źle. Choć obaj dzielą teraz ostatnie miejsce, to przyczyny ich wczesnych niepowodzeń są zupełnie inne. Zawodnik z Izraela niemiłosiernie myli się w taktyce. Zarówno z Aronianem (25…Wc8?? – podstawiające miłe dla oka 26.Gh6 – w pozycji bez piona, ale zapewne dynamicznie równej), jak i z Carlsenem (złe policzenie końcówki po 45.Hxd8??, w pozycji gorszej, ale realnej do obronienia). To nie rokuje dobrze Gelfandowi, bo każdy szachista traci pewność siebie podstawiając taktyczne uderzenia, zwłaszcza jak nie są wyjątkowo trudne. A obie wpadki Gelfanda były – na jego standardy – proste.

Inaczej ma się sprawa z problemami Iwańczuka. Z boku wygląda na to, że genialny Ukrainiec po raz kolejny przegrywa sam ze sobą. Przegrane pojedynki z Radżabowem i Aronianem to w głównej mierze pochodna nazbyt optymistycznej gry i zaskakującego wyboru debiutów. Owszem, pochodzący ze Lwowa arcymistrz znany jest z tego, że może zagrać absolutnie każde otwarcie, ale obrona holenderska to debiut mocno podejrzany i nawet mając w arsenale pokaźne analizy czarne mają tam zazwyczaj spore problemy. Zresztą, Radżabow idealnie to udowodnił. Partia z Aronianem bardziej przypominała mi szkołę starowłoską (okres w historii szachów, charakteryzujący się agresywną, nonszalancką grą – chyba, że coś mi się pomyliło 🙂 ) niż zmagania o grę z mistrzem świata. Czasem zdarza mi się zagrać partię w podobnym stylu i zazwyczaj nie przynosi to żadnych owoców… Inna sprawa, że w niestandardowej pozycji Iwańczuk grał bardzo ciekawie, ale kosztowało go to sporo czasu (może znowu z powodu nerwów?) i ostatecznie przypieczętowało porażkę. Gdzieś w Internecie, anonimowy komentator napisał coś takiego „Szalony geniusz zostawił z domu swój geniusz, a wziął jedynie szaleństwo”. Może być w tym sporo prawdy.

Los Gelfanda i Iwańczuka wydaje się teraz bardzo niemiły. Po pierwsze, ich szanse na końcowy triumf są jeśli nie czysto iluzoryczne, to na pewno niezbyt duże, więc automatycznie spadnie u nich motywacja, może pojawić się zniechęcenie. Po drugie – każdy z rywali będzie się teraz czaił na tych weteranów, bez względu na kolor. W takich turniejach arcymistrzowie są jak wygłodniałe wilki – jak tylko poczują krew, to nie odpuszczą. A Borys i Wasilij tej krwi stracili już co nieco.

Największym beneficjentem ich rozczarowującej dyspozycji jest póki co Lewon Aronian.Paradoksalnie, wynik 2,5 z 3 nie oznacza jeszcze, że Ormianin jest w wielkiej formie. W pierwszej rundzie grał bardzo biernie z Carlsenem i remis był jakby w jego planach (choć taka była cała pierwsza runda). Następne partie rozegrał na pewno dobrze, ale też rywale chętnie współpracowali. Owszem, na tym opiera się gra w szachy, by prowokować i wykorzystywać błędy rywala, ale po prostu wydaje mi się, że jest za wcześnie, by określić w jakiej dyspozycji jest Lewon. Nie ma jednak wątpliwości, że jego morale skoczyło wysoko, a to często samo nakręca formę.

Niezłą formę przywiózł ze sobą Piotr Swidler. W moim przed-turniejowym wpisie zapomniałem o nim wspomnieć. Arcymistrz z Sankt Petersburga do turnieju przygotował się bardzo solidnie, a w procesie treningów zrzucił – uwaga! – 22 kilogramy. Na turnieju (tak można wywnioskować ze zdjęć na stronie turnieju) towarzyszą mu koledzy z miasta, czyli Nikita Witiugow oraz Maksim Matlakow. Efekty można było zobaczyć w rundzie trzeciej, bo Swidler wygrał z Radżabowem w wariancie Saemischa w obronie królewsko-indyjskiej – czyli w broni, którą regularnie wykorzystuje Witiugow. We wcześniejszych partiach widać było niewiele – Kramnik chciał „wysuszyć”, a robi to znakomicie, a z Griszczukiem mogło się Swidlerowi grać niezręcznie – w końcu w Kazaniu mu pomagał! Tak to już jest w szachowej elicie… Swidler, którego niektórzy zaczynają już nazywać czarnym koniem turnieju, jest w tej chwili jedynym graczem, który pokonał zawodnika ze zwycięstwem na koncie, bo Radżabow wcześniej skasował punkcik od Iwańczuka. Więc jeśli chodzi o punktację pomocniczą Sonneborna- Bergera (http://en.wikipedia.org/wiki/Sonneborn-Berger_score_(non-Neustadtl)) , to Rosjanin jest liderem turnieju 🙂

Dwa punkty znajdują się także na koncie faworyta, Magnusa Carlsena. Zdobycze punktowe przesuwają Norwega coraz bliżej kosmicznej granicy 2900 (2873,4 według http://2700chess.com/). Granicy, która pewnie zostanie przez niego zdobyta. Czy zdobyte zostanie prawo do gry o szachowy tron? Póki co Carlsen nie imponuje, ale z drugiej strony przyzwyczaił nas już do tak wysokiego poziomu, że trochę trudno mu zachwycać jeszcze bardziej. Dwie pierwsze rundy – z Aronianem i Kramnikiem – przeszły zupełnie bez echa, a wygrana z Gelfandem równie dobrze mogła być remisem. Jednak nawet jeśli Carlsen nie gra jako nadzwyczajnie, to dorobek na tym etapie ma całkiem w porządku. A to przecież najważniejsze.

Pozostali gracze mają po 50%, przy czym duet Kramnik-Griszczuk wszystko remisuje, a Radżabow pewnie by chciał, ale mu nie wyszło 🙂 . Rosjanie, których szanse oceniałem wysoko, grają na razie bardzo zachowawczo. Może to turniejowa strategia. Na tym etapie punkt straty do lidera to tyle, co nic, a Kramnik na pewno już czai się na swoich dwóch, nieco starszych, kolegów z końca tabeli (Griszczuk zremisował na starcie z Iwańczukiem – swoją drogą to zawsze niewygodnie dostać zawodnika nie w formie na samym początku – kiedy nikt nie wie nic o jego dyspozycji!). Ciekawiej wygląda sytuacja zawodnika… gospodarzy (tak,tak – turniej sponsorowany jest przez azerską firmę SOCAR, a Radżabow gra z miejsca organizatora). Z jednej strony udało mu się wygrać, a na następny dzień musiał przełknąć gorycz porażki. Co ciekawe, w wywiadach po partii powiedział, że po przegranej poczuł…. ulgę! To tylko potwierdza jak wielka presja towarzyszy zawodnikom, którzy za wszelką cenę chcieliby uniknąć bolesnych porażek, które w przyszłości trudno będzie odrabiać.

 

Start turnieju kibiców musiał zadowolić. Co prawda zaczęło się nietęgo, od samych remisów (zapewne w ramach „wejścia” w turniej), to jednak z dnia na dzień jest coraz to ciekawiej. Trzy rezultatywne partie w trzecim dniu turnieju to coś naprawdę zaskakującego (ale przyjemnie) przy takiej stawce zawodów! Co prawda, nie można odmówić racji Kramnikowi, który powiedział ponoć, że duża liczba partii rezultatywnych świadczy o niezbyt wysokim poziomie. No cóż, taki to już urok sportu. Perfekcyjne partie szachów czy perfekcyjne (np. zakończone wynikiem 0-0) mecz piłki nożnej nie są aż tak interesujące jak sytuacje, w których ktoś się pomylił. Zresztą – dobrych szachów i tak w Londynie nie brakuje. Dzięki temu właśnie jest tak ciekawie. A będzie jeszcze ciekawiej! Jedyne, czego się obawiam, to… strategia turniejowa, w efekcie której czołówka między sobą zrobi dużo remisów, a losy pierwszego miejsca sprowadzą się do skutecznego wypunktowania zawodników bez formy. Mimo wszystko bardziej frapujące byłoby wyłonienie challengera w wyniku bardziej bezpośrednich starć. No, ale nie ma co narzekać – takie są prawa turnieju!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *