Gdzie się podziali zdolni juniorzy?

Wiosna zagościła już w Polsce chyba na dobre, a wraz z wiosną zaczął się sezon rowerowy. Jak śpiewał Lech Janerka „Rower jest wielce ok”(mój jest biało-czerwony, patriotyczny, a nie różowy, gdzie tam!), zatem jeżdżę. A gdy jeżdżę zdarza się, że myślę – silny dopływ tlenu do mózgu widocznie uruchamia ten nieużywany organ – i wykorzystując efekty tego wyjątkowego stanu uznałem, że warto by coś napisać na blogu, któremu zdążyła już wyrosnąć broda.

Ostatnie trzy miesiące blog stał ugorem, najwyższy czas to zmienić. Sporów rozgrzewać nie będę – bo w końcu w Polsce, jak pokazuje scena polityczna (ale i ta szachowa również), zawsze znajdą się tacy, którzy wiedzą lepiej i chętnie krzykną „Hańba!”. Zatem jeśli chodzi o polemiki – cisza!

To co mnie ostatnio zastanawia, a nawet nie ostatnio, bo głowię się nad tym od dobrych paru lat – zresztą dawałem temu wyraz przy każdym artykule w Macie związanym z mistrzostwami Polski juniorów – to straszny spadek poziomu polskich juniorów. W marcu odbyły się mistrzostwa Polski do lat 16 i 18 (a także do lat 10, zwane chyba pucharem Polski ?!) i te moje rozterki odżyły. Stąd też tytuł tego artykułu, choć tak ładnie o juniorach, jak Wojciech Gąsowski o prywatkach, nie zaśpiewam.

Najpierw fakty, czy jak kto woli garść statystyk. Upatrzyłem sobie kategorię chłopców do lat 16 na przestrzeni ostatnich lat 2002-2011. Grupa do lat 16 nie jest przypadkowa – młodsze grupy trudniej porównać, bo jeszcze niedawno ranking ELO uzyskiwało się dopiero od rankingu 2000, a teraz ma go niemalże każdy, co we wczesnym etapie z pewnością zaniża rankingi juniorów. Później się to wyrównuje.

Rankingi rzecz jasna w szachy nie grają, ale jednak bardzo dobrze odzwierciedlają poziom gry. Zobaczmy zatem jak kształtowały się rankingi medalistów, a także najwyżej notowanego zawodnika (także ciekawą informacją jest ranking średni):

Bartkowa 2002 – 2427, 2282, 2335 – najwyższy ranking 2427

Krynica 2003 – 2232, 2333, 2314 – najwyższy ranking 2333 (przy absencji 2469)

Łeba 2004 – 2309, 2294, 2386 – najwyższy ranking 2386

Łeba 2005 – 2294, 2339, 2272 – najwyższy ranking 2339

Łeba 2006 – 2357, 2281, 2194 – najwyższy ranking 2357

Łeba 2007 – 2324, 2177, 2069 – najwyższy ranking 2329

Łeba 2008 – 2075, 2259, 2177 – najwyższy ranking 2348

Chotowa 2009 – 2453, 2307, 2248 – najwyższy ranking 2453 (średni ranking 1999)

Karpacz 2010 – 2375, 2378, 2180 – najwyższy ranking 2378 (średni ranking 1975)

Murzasichle 2011 – 2291, 2106, 2138 – najwyższy ranking 2300 (średni ranking 1996)

Na koniec mamy „deser”:

Solina 2012 – 2060, 2107, 1989 – najwyższy ranking 2261 (średni ranking 1882)

Oczywiście, to tylko jedna grupa. Można zapewne powiedzieć, że mamy do czynienia z tzw. „słabszym” rocznikiem. Mógłbym się zgodzić – czasem zdarza się, że nie ma wyróżniających się zawodników, ale przeciętny poziom, czyli średni ranking nie powinien znacząco odbiegać od normy. Jak widzimy – w ostatnich czterech latach – mamy tendencję o charakterze spadkowym z wielkim ‚bum!’ (i nie chodzi o sympatyczne bum-bum-bum z przytoczonej wcześniej piosenki) przy roku 2012. Z ciekawości policzyłem – ręcznie, bo niestety wówczas jeszcze ChessArbitra nie wymyślono – średni mistrzostw do lat 16 z roku 2002 – wyniósł on niemalże 2080 (ciekawostka – trzeci zawodnik od końca miał ranking 2163, czyli wyższy od trójki medalistów w tym roku!). Słownie – dwa-tysiące-osiemdziesiąt, czyli przeciętny zawodnik tamtych mistrzostw był niemalże 200 punktów silniejszy od uczestnika mistrzostw w tej samej grupie wiekowej 10 lat później! To nie jest mała różnica, nie jest nawet duża – to istna przepaść, poziom dwóch, trzech klas. Bez liczenia jestem przekonany o tym, że jeszcze kilka lat temu średni ranking 1882 byłby wstydem w kategorii do lat 14, a sądzę, że w niektórych latach wyższy był przeciętny poziom dwunastolatków! A nie powinniśmy zapominać o rankingowej inflacji.

Być może narzekam, ale wydaje mi się, że trzeba poważnie zastanowić się co się stało – w tak krótkim przecież czasie – że szachy juniorskie padają na łeb na szyję. Sukcesy wszystkich Oli, Darków czy Janków, ich medale ME i MŚ, zaciemniają smutny obraz całości i sadzę, że raczej nie można powiedzieć czegoś w stylu „przewróciło się, niech leży”.. Przeciętny poziom mistrzostw Polski spada i jest teraz tak niski, że co bardziej obiecującym zawodnikom udziału w takim turnieju bym po prostu zabronił. Żeby było jasne – myślę, że podobne zjawisko możemy obserwować w wielu krajach tzw. starej Europy, choć rzecz jasna brakuje mi na ten temat danych. Sprawa może mieć zatem większy zasięg, ale nie zmienia to tego, że warto się tematem zająć.

Skoro zaś już poruszyłem temat, to przedstawię kilka przyczyn tego stanu rzeczy. Oczywiście, każdy będzie miał swoje spojrzenie na tę sytuację i chętnie poznam inne punkty widzenia – mogę mieć również dobrze nieco racji, jak i zupełnie się mylić, nie rozumieć co jest przyczyną a co skutkiem, itp. Według mnie problem można podzielić na wiele różnych sposobów, mam nadzieję, że mój jest w miarę przejrzysty.

a) Problemy natury szkoleniowej i czysto szachowej

Myślę, że większość naszych juniorów gra teraz słabiej (bo to chyba nie ulega najmniejszej wątpliwości) dlatego, że są gorzej wyszkoleni. To wydaje się dziwne, bo w obecnych czasach samouków nie ma i każdy gdzieś tam korzysta z trenera. I tutaj może być pies pogrzebany.

Do tej strony problemu można podejść różnorako. Przede wszystkim w ostatnich latach jesteśmy świadkami prawdziwej rewolucji programów szachowych. Ja miałem to szczęście, że z programami szachowymi zacząłem pracować dopiero w wieku 18 lat, a wcześniej odebrałem solidną edukację szachową. Teraz dzieci mają styczność z programami od najmłodszych lat i obawiam się, że nikt nie uczy tychże adeptów jak sobie z tymi programami radzić. Starsi trenerzy zapewne czują się niepewnie na gruncie, na którym junior zna się lepiej, młodzi zaś mogą na komputerach polegać zdecydowanie za bardzo.

Jak z tego wybrnąć? Prawdę mówiąc mam wrażenie, że na etapie dziesięcio- czy dwunastolatków komputer jest zupełnie zbędny. Owszem, jakieś podstawy debiutowe są potrzebne, ale z pewnością nie długie warianty „na pamięć”, a nie daj Boże „na pułapkę”. Później, stopniowo, trzeba wprowadzać do obsługi bazy szachowe i nauczyć dzieci w jaki sposób należy przygotowywać się do partii, a na samym końcu, gdy zawodnik jest już naprawdę dojrzały (poziom kandydata, ale lepiej mistrza krajowego), zachęcić go do wspólnych analiz z komputerem. W każdym razie sprawy komputerów nie można ani zamieść pod dywan i uznać, że ich nie ma, ani też nie można oprzeć edukacji dziecka na tej „pomocy dydaktycznej”.

Patrząc na skomentowane partie młodych szachistów (a miałem ostatnio taką okazję) mam wrażenie, że w narodzie sztuka analizy partii zupełnie upadła. Analizy samodzielnej, bez pomocy komputera. Analizy, w efekcie której dziecko stara się samemu zrozumieć jakie popełniło błędy, a co zrobiło dobrze. Stara się pojąć co jest ważne w pozycji, a co nie ma znaczenia. Taka analiza jest korzystna (choć nie wszyscy tak sądzą) nawet w przypadku arcymistrzów, a w przypadku młodych zawodników wprost nieodzowna. Pamiętam, że jako junior swoje partie (i debiuty też!) analizowałem namiętnie w każde wakacje. To podczas takiej formy treningu szachista zyskuje najwięcej. Ile dzieci analizuje obecnie swoje partie, bez udziału komputera? Ilu młodych zawodników po analizie powie „miałem lepszą pozycję, bo miałem lepsze perspektywy wykorzystania przewagi pionowej na skrzydle w końcówce” zamiast „miałem lepszą, Rybka mówi 0,30”?

Zająć też trzeba się trenerami, a raczej ich doborem. Nie mnie oceniać kto jest dobrym trenerem, zazwyczaj trenera ocenia się po wynikach, choć jeszcze lepiej oceniać go po tym, co jego zawodnicy osiągnęli w przyszłości, nawet daleko po zakończeniu współpracy z nim – w końcu pod każdy sukces należy kiedyś zbudować fundamenty. Dziwi mnie ostatnia „moda” na to by trenerem młodych jeszcze zawodników byli silni, nadal praktykujący, zawodnicy, najlepiej arcymistrzowie.

Czy arcymistrz jest w stanie prowadzić zawodnika na poziomie drugiej czy pierwszej kategorii? Rzadko kiedy! Po prostu, taki zawodnik pewne rzeczy przyjmuje za pewnik, trudno mu zrozumieć, że ktoś może mieć elementarne braki. Dużo lepiej współpraca juniora z silnymi zawodnikami wychodzi w przypadku, gdy młody szachista jest już możliwie wszechstronnie wykształcony, myślę że jego ranking powinien kształtować się w okolicach 2200-2300. Obawiam się, że współpraca na wcześniejszym etapie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Zamiast zatem „GM” lub „IM” przed nazwiskiem trenera warto spojrzeć na zupełnie inne rzeczy.

Jak dobrać trenera? Sprawa nie jest prosta. W Polsce nigdy nie było specjalnie wielu dobrych szkoleniowców, nie bez powodu znaczna część obecnych arcymistrzów (Macieja, Soćko, Mitoń czy autor tych słów) oparła swoją edukację szachową na specjalistach zza wschodniej granicy, co przyniosło oczekiwane efekty.

Myślę, że dobry trener powinien mieć przede wszystkim „warsztat”. Co to jest ten warsztat? Prawdę mówiąc to nie wiem, ale wymieniłbym kilka punktów:

  • dobra organizacja pracy (plan)
  • wysokie stawianie celów (wcale niekoniecznie medale MP – to raczej niska poprzeczka)
  • indywidualne podejście do zawodnika (a to można zaobserwować np. po repertuarze debiutowym prowadzonych wcześniej zawodników)
  • autorytet
  • zaangażowanie i pasja

Ilu trenerów w Polsce ma te cechy? Nie mam zielonego pojęcia. Mając jednak oczy i uszy otwarte obawiam się, że niezbyt wielu. Zwłaszcza żenujące wydaje mi się tworzenie ciśnienia wokół mistrzostw Polski juniorów, co podpada pod punkt „wysokie stawianie celów”. Przy okazji ostatniej awantury w sprawie OOM, rozbawiło mnie, że rodzice określają MP jako najważniejszy turniej w roku. Rodzice rodzicami, zawsze mają duże oczekiwania, o czym zresztą dalej, ale ktoś chyba opiekuje się ich dziećmi, ktoś to ciśnienie zwiększa – są to trenerzy.

Do mistrzostw Polski, zwłaszcza w młodszych kategoriach wiekowych, trzeba mieć dystans. To są, jak mawiał naprawdę wybitny szkoleniowiec, śp. Wojciech Ehrenfeucht „szachy pstrykane”. To czy Jaś lub Małgosia zostaną mistrzami Polski, a nawet Europy i świata do lat 10 czy 12 ma znaczenie jedynie dla kronikarzy (wikipedystów?). Dużo istotniejsze jest czy dziecko na takim etapie harmonijnie się rozwija. Gdy słyszę z ust rodziców słowa „to jest najważniejsza impreza sezonu” to łapię się za głowę. Dziecko w wieku 12 lat ma „robić formę” na jeden turniej?! Ma za wszelką cenę wygrywać, np. grając „lewe” warianty?! Otóż nie, w takim wieku najważniejsze jest zupełnie co innego – junior ma coraz bardziej lubić grę, poznawać coraz więcej niuansów pozycyjnych czy gry końcowej, zaczynać „czuć” i rozumieć jak najwięcej rodzajów pozycji. Jeśli nastawimy się na sukcesy na wczesnym etapie, w dłuższej perspektywie owoców z tego nie będzie. Jeśli osiągnięcia przychodzą naturalnie, to dobrze, natomiast jeśli na początku ich nie ma, ale kolejne etapy szachowej wiedzy są zgłębiane – to wcale nie jest gorzej! Typową ofiarą dążenia do sukcesów w dzieciństwie są zawodnicy, często nawet arcymistrzowie, którzy byli „genialnymi” dziećmi, na krajowym podwórku wygrywali wszystko, grając jeden, często „krzywy” debiut. Do pewnego czasu wystarczało, a potem okazywało się, że zawodnik skrzywiony został na całe życie. Takich skrzywionych zawodników jest coraz więcej.

b) Zmiana w nastawieniu rodziców i dzieci

Nie jestem pedagogiem, psychologiem ani socjologiem, więc moje wnioski mogą być zupełnie błędnie, ale w grupie zainteresowanej – bo duet rodzic-dziecko jest w tym momencie taką grupą – zaszło na przestrzeni ostatnich lat sporo zmian. Za moich czasów (brzmi to epicko, wiem) większość dzieci nie była przez rodziców bombardowana tysiącem zajęć dodatkowych. Teraz większość nieźle zarabiających rodziców chce żeby dziecko nie tylko grało w szachy, ale też grało w piłkę, na fortepianie, tańczyło, znało trzy języki. Skoro dziecko ledwo ma czas na zabawę (a podobno według ostatnich badań dzieci najbardziej rozwijają się, gdy… się nudzą!), to jak ma znaleźć czas na szachowe treningi? Skoro te 2-3 godziny tygodniowo z trenerem wciśnięte są pomiędzy dziesiątki godzin innych zajęć, to młody adept szachów z pewnością sam nie potrenuje w ogóle. A oczekiwania na pewno są, bo przecież skoro junior trenuje z indywidualnie z trenerem, któremu do tego się słono płaci, to przecież wyniki być muszą. O czym zresztą sam trener zaświadczy, jakżeby inaczej…
Rodziców zrozumieć prosto – chcą zapewnić dziecku możliwie najwięcej ścieżek rozwoju. Trudniej zrozumieć trenerów, którzy nie potrafią wyjaśnić, że w takim przypadku wyczynowa gra w szachy pozbawiona jest sensu.

Same dzieci nie są rzecz jasna mniej uzdolnione niż jeszcze kilka lat temu, ale bez wątpienia w czasach ogólnego dobrobytu (wbrew medialnej promocji kryzysu) dzieci mają po prostu wszystko. Nie tylko zorganizowany czas od 8 do 20, ale także telewizję, komputer i konsolę. Z pokus zrezygnować trudno, a szachy na tym cierpią. Trudno teraz zakochać się w szachach, a wcześniej taka „miłość” przytrafiała się wielu juniorom. Jeden z moich utalentowanych rówieśników na tyle lubił szachy, że zdarzało mu się wstawać godzinę wcześniej (lekcje zaczynał o 8), by jeszcze przed pierwszym dzwonkiem przejrzeć partie któregoś z mistrzów świata. Coraz trudniej mi wierzyć w to, że są juniorzy, którzy sami z siebie rozstawiają szachownicę, otwierają książkę i analizują partie Fischera czy Botwinnika (choć miałem okazję o takich słyszeć, więc nadzieja jest…!). Ba, nawet takich, którzy zrobiliby to na komputerze jest jak sądzę niewielu.

c) Poziom życia szachowego w kraju

Tego aspektu nie można pomijać. Pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku, kiedy to ja byłem juniorem, w Polsce dobre imprezy były po prostu codziennością. W Polanicy Zdroju nie tylko rozgrywano silne openy, ale też kapitalne turnieje kołowe, gdzie można było podglądać najlepszych na świecie. W Koszalinie zorganizowano jeden z najsilniejszych na ów czas turniejów otwartych. Silne turnieje organizowano jeszcze w Świdnicy czy Bydgoszczy, a także w Krynicy Zdroju (teraz organizowane są nadal, ale już dużo słabsze). W turniejach krajowych można było niemalże przebierać.
Obecnie sytuacja jest daleko gorsza. Turniejów niby nie brakuje, ale w przeważającej większości są to turnieje mało atrakcyjne ze szkoleniowego punktu widzenia już dla zawodników o poziomie 2100-2200, czyli dla nieco bardziej zaawansowanych juniorów. Nastawieni na zysk organizatorzy nie przejmują się tym czy obsada turnieju będzie dobra, ważna jest ilość nie jakość. Business is business, ale jak to w biznesie bywa, ktoś na tym traci. W tym przypadku są to juniorzy.

Ile jest w Polsce openów z dolnym limitem rankingowym 2000, albo lepiej 2100 lub 2200? Ile jest w Polsce turniejów, gdzie robi się normy arcymistrzowskie? Kończy się to tym, że utalentowani zawodnicy grają w słabych openach i punktują zawodników rankingowo słabszych o kilkaset punktów, zamiast sprawdzać się w pojedynkach z lepszymi. Efekty mogą być tylko jedne.

Z coraz mniejszą ilością dobrych turniejów trudno coś zrobić, można tylko marzyć o tym, że znajdą się ludzie, których celem nie będzie zarobienie na turnieju, ale zrobienie dobrego turnieju. A to rzadko idzie ze sobą w parze. Niestety, nie każdego stać na zagraniczne wyjazdy, by dziecko nabrało doświadczenia w walce z lepszymi, dużo sympatyczniej byłoby pograć z lepszymi na miejscu. Może jeszcze się tego doczekamy.

W tym kontekście cieszy fakt, że za rok w Legnicy odbędą się ME seniorów. W imprezie tej powinien zagrać każdy mający jakiekolwiek ambicje junior powyżej lat 12. Zresztą jest to zupełnie szokujące, że nasi czołowi juniorzy i juniorki nie jeżdżą na ME i ME kobiet, które są świetną okazją do nauki – zamiast kosztownych wyjazdów na ME czy MŚ juniorów lepiej zainwestować choć raz w „poważny” turniej. Efekty szkoleniowe tysiąc razy większe. Darek Świercz w ME zagrał już jako czternastolatek, najwyższa pora, by swych sił spróbował J-K. Duda. Zresztą – właśnie tak robią najlepsi. W tym roku w Płowdiw nie brakowało juniorów na poziomie 2300-2400, wcale nie lepszych od naszych krajowych zawodników. Oczywiście, szybko to się zmieni, różnica się zwiększy… Wielu z tych juniorów zagrało rewelacyjne zawody, a pewien talent z Izraela nie tylko miał okazję zagrać z Mamedjarowem, ale także z nim zremisować. Taka jedna partia warta jest 100 partii z juniorami…

Czy to wszystkie aspekty poruszonego przeze mnie problemu? A skąd! Wpis zrobił się już jednak przydługi. Może na podstawie komentarzy powstanie jego druga część. Jak zwykle zachęcam do przedstawiania swoich uwag i refleksji, w tym przypadku zwłaszcza rodziców i szkoleniowców.

Na koniec wyrazy radości nie tylko dlatego, że wpis się pojawił, ale raczej dlatego, że dobiegł końca!

 

56 komentarzy

  • 14 kwietnia 2012 - 02:17 | Permalink

    A próbowałeś sprawdzać jak polscy juniorzy odstają od czołówki światowej w swoim wieku?
    Chyba trafiłeś w sedno z argumentem o dzieciach zawalonych lekcjami baletu i chińskiego-mandaryńskiego. Nie bardzo umiem dobnrać temu zjawisku określenie wartościujące. Wiem natomiast, że trzy razy bym się zastanowiła zanim pozwoliłabym swojemu dziecku zająć się szachami poważniej. Później zastanowiłabym się jeszcze raz. A później jeszcze siedem.

    • mateuszbartel
      14 kwietnia 2012 - 09:13 | Permalink

      Nie sprawdzałem – na stronie z rankingami FIDE brakuje niestety narzędzie do skutecznego policzenia tego. A szkoda.

  • 14 kwietnia 2012 - 10:40 | Permalink

    http://ratings.fide.com/toplist.phtml?list=juniors
    myślę że tabelka na końcu strony daje jakieś pojęcie.
    Swoją drogą ciekawym badaniem byłoby sprawdzenie zależności miedzy obecnością zawodników w czołówce światowej a PKB per capita danego kraju.

  • Slaby_gracz
    14 kwietnia 2012 - 11:29 | Permalink

    Jest w tym dużo prawdy. Sam nie jestem jakimś mocnym graczem , ale jak grałem w Łebie a OOM (2006 r.) miałem ranking elo około 2000. Na liście startowej byłem w połowie.. Teraz gracz z rankingiem takim samym jak ja były … w pierwszej trójce na liście startowej. Pozdrawiam 🙂

  • VIP
    14 kwietnia 2012 - 15:23 | Permalink

    Dokładnie tak jest, jeszcze z 5 lat temu poziom polskich szachów juniorskich był całkiem przyzwoity- Warakomski, Olszewski, Tomczak, i parę innych osób z tych roczników godnie reprezentowało Polskę na MŚJ i MEJ, a teraz kiedy patrzę na poziom rozgrywek w grupach c16 i c18… to mnie krew zalewa, że nie jestem kilka lat młodszy :- )

    Pozdrawiam i życzę powodzenia na turnieju w Dortmundzie,
    Jacek Szwed

  • 15 kwietnia 2012 - 01:21 | Permalink

    Co do wyjazdów juniorów na mistrzostwa europy, lub zawody juniorskie, to wg mnie trzeba zachować między tym balans. Owszem junior musi grać na takich zawodach jak ME (nie mówiąc już o tym, że gdy zawody są w Polsce to niemal obowiązek), ale nie można przez wszystkie lata juniorskie jeździć na ME. Świercz przecież też pojechał na zawody juniorów i efekt znamy. Gdy widzimy, że junior ma realną szanse na powalczenie w mistrzostwach juniorów to chyba lepiej żeby się bił o zwycięstwo niż grał w ME, gdzie nikt go nie zauważy. Najlepiej by było grać wszędzie, no ale… pieniądze.

    Co do poziomu to sam byłem zaskoczony tym, że średni zawodnik na MP do lat 16 ma około 1900. W końcu są to najlepsi juniorzy z kraju…

    Pozdrawiam

  • rutra
    15 kwietnia 2012 - 02:25 | Permalink

    Ja trenuje szachy od 4 lat. Od roku mam dostęp do książek, analizuje partie (głównie te książkowe), oraz swoje partie. Rzadko używam silnika. To trzeba lubieć. Mam III kategorie i na wakacjach wybieram się na drugi (trzeci wliczając lige) turniej klasyczny. Jestem typowym samoukiem. Znalazłem jakiś czas temu wyniki turnieju piętnastominutowego, który 8 lat temu odbywał się w mojej miejscowości. Spośród 33 osób z ówczesnych szkół podstawowych dziś tylko ja gram w szachy.

    Trochę przykro się czytało ten artykuł. Nie wiem czy coś ruszy. Słyszałem, że kiedyś dzieci lubiały pograć w szachy, dziś królewska gra przegrywa konkurencje z komputerowymi grami.

  • Jerzy
    15 kwietnia 2012 - 14:24 | Permalink

    Siła szachów juniorskich jest pochodną siły szachów seniorskich, a te nie są u nas na najwyższym poziomie, co widać np. po wynikach na ostatnim ME. Dla przykładu w Rosji szachy to sport narodowy, ale również mocno podupadł po rozpadzie ZSSR, a konkurencja nie śpi. Przy takiej konkurencji nie ma możliwości zdominowania sceny szachowej jak w czasach ZSSR. Poza tym szachy silnie się skomputeryzowały, a Rosja nijak nie jest liderem w technologiach komputerowych. U nas odwrotnie po rozpadzie ZSSR pojawiło się sporo utalentowanych juniorów, których trenowali trenerzy ze wschodu (w końcu mogli wyjeżdżać na zachód), no i mieli silną motywację ze strony rodziny i PZSzach. Przy obecnym kryzysie nie widać nowych silnych juniorów, oprócz kilku chwalebnych wyjątków. Szachy to nie jest profesja, która może zapewnić stabilne utrzymanie się, dlatego juniorzy kończą swoją szachową przygodę w wieku seniorskim.

    • Walenty
      29 maja 2012 - 20:45 | Permalink

      Dokładnie tak jest, młodzi wiedzą że z szachów się nie utrzymają, i odpuszczają wcześniej niż dawniej, zabawa w szachy trwa do czasu ostatnich MP w wieku 18 lat, potem zastaje gra w lokalnych turniejach dla zabawy, ligi seniorskie na niskich szczeblach- ot forma spędzania czasu i forma aktywności sportowo – towarzyskiej. Szkoda mi tych juniorów, którzy nie mając najmniejszego talentu, uwierzyli swoim trenerom że mogą do czegoś dojść w tej dyscyplinie, trenowali zdobyli kilka medali MP, i co z tego??? Jako seniorzy i tak do niczego nie dojdą . W profesjonalne szachy pakują się dziś w większości juniorzy z niezbyt ambitnymi planami życiowymi. Może gdyby był w Polsce jakiś Magnus Carlsen parcie na szachy byłoby większe.

  • Dominik
    15 kwietnia 2012 - 18:16 | Permalink

    Szachy juniorskie są „zabijane” przez podejście biznesowe:
    – grupki działaczy i organizatorów, którzy uczynili sobie z tego dobrze prosperujący biznesik;
    – PZSZACH, który idzie w ilość…i także obowiązuje w związku podejście biznesowe, które każe łupić ile się da na opłatach K-R (nawet za turnieje nie klasyfikowane) i drakońskich marżach narzucanych na opłaty FIDE;
    – wszechobecną konkurencję i pęd za kasą, która nie pozwala działaczom i trenerom z powołaniem do pracy, wychowywać swoich następców (obawa przed wychowaniem konkurenta na własnym podwórku). Jeden działacz szachowy powiedział mi niedawno, iż po 10 letniej przerwie znowu na MPJ zobaczył te same twarze co 10 lat wcześniej;
    – podejście biznesowe FIDE, które każe zarabiać nawet na „niemowlakach”

    Gdyby zabrać się z głową za szkolenie juniorów, stworzyć nowe (adresowane do młodszej grupy niż WCT), ambitne, adekwatne do obecnych czasów programy szkoleniowe (np. wzorem grupy GM Dołmatowa) zamiast kultywować Akademię Szachową, która jest intratną synekurą dla tej samej od lat grupki osób, skierować strumień pieniędzy z „ewidencji” na „organizację” silnych turniejów, na pewno byłoby lepiej. Jednak do tego trzeba innych ludzi, niż obecni działacze młodzieżowi w PZSZACHu, bowiem obecnie rządzący nie mają pojęcia o sporcie wyczynowym, są wyłącznie zainteresowani zachowaniem funkcjonującego od dawna modelu szachów juniorskich.

    • mateuszbartel
      15 kwietnia 2012 - 20:36 | Permalink

      Sporo w tym racji, z pewnością trzeba myśleć nad zmianami zarówno w podejściu PZSzachu i Akademii, ale może nawet bardziej działaniu okręgowych związków i ich kadr (na które z tego co wiem przypadają często niemałe pieniądze).

  • Statystyk
    15 kwietnia 2012 - 19:25 | Permalink

    Statystyki rankingowe za ostatnie 2 lata są nieco sfałszowane: rok temu Dragun, teraz Drozdowski, zagrali (zresztą słusznie) w wyższej grupie. Jak piszę, tylko statystyki, bo wszyskie wnioski są OK.

    • mateuszbartel
      15 kwietnia 2012 - 20:35 | Permalink

      Zgadza się, umknęło mi to, dziękuję. Jednak rankingu średniego wiele to by nie zmieniło.

  • mamakrzysia
    15 kwietnia 2012 - 20:27 | Permalink

    „Trudno teraz zakochać się w szachach, a wcześniej taka „miłość” przytrafiała się wielu juniorom. Jeden z moich utalentowanych rówieśników na tyle lubił szachy, że zdarzało mu się wstawać godzinę wcześniej (lekcje zaczynał o 8), by jeszcze przed pierwszym dzwonkiem przejrzeć partie któregoś z mistrzów świata. Coraz trudniej mi wierzyć w to, że są juniorzy, którzy sami z siebie rozstawiają szachownicę, otwierają książkę i analizują partie Fischera czy Botwinnika (choć miałem okazję o takich słyszeć, więc nadzieja jest…!). Ba, nawet takich, którzy zrobiliby to na komputerze jest jak sądzę niewielu.”

    Hmm… Moje dziecko właśnie ogląda na „dobranockę” partie Kasparova i swoimi komentarzami nie daje spać młodszej siostrze. Zboczenie ?

    • mateuszbartel
      15 kwietnia 2012 - 20:34 | Permalink

      Ja tam bym się raczej cieszył 🙂

  • eszton
    16 kwietnia 2012 - 07:55 | Permalink

    Panie Mateuszu, a co Pan osobiście zrobił, żeby poprawić sytuację? Pyta Pan: a cóż ja mogę zrobić? Możliwości jest kilka:
    1.Udział w Tańcu z Gwiazdami, Mam Talent, albo chociaż w jakimś X-Faktorze
    2.Udział w tok szole Kuby Wojewódzkiego
    3.Udzielnie wywiadu dziennikowi „Fakt” w którym znalazłoby się zdanie: „Oto aktualny Mistrz Polski w szachach, zawodowy szachista, który w ubiegłym roku zarobił milion euro!!”
    Można również rozważyć opcję udziału w walce w formule MMA przeciwko Pudzianowi, ale osobiście nie polecam takiego rozwiązania.
    Teraz trochę poważniej. Proponuję nie zajmować się takimi sprawami, a raczej skupić się na przygotowaniu do być może najważniejszego turnieju w Pańskiej dotychczasowej karierze.
    Życzę zwycięstwa w Dortmundzie!

    • 18 kwietnia 2012 - 02:34 | Permalink

      „Mateusz Bartel też pokonał Najmana!”
      Jasne, że można sobie bezrefleksyjnie siedzieć we własnej kałuży i mieć pretensje do całego świata łącznie ze sponsorami, że się na nas nie poznał i nie padł przed nami na kolana. To w końcu też jakiś sposób na życie, dość chyba nawet powszechny.

  • MZ
    16 kwietnia 2012 - 23:49 | Permalink

    Sam miałem takie zdanie od kilku lat nt. polskich szachów juniorskich i po przeczytaniu powyższych przemyśleń zgadzam się z nimi w zupełności, zwłaszcza w temacie komputerów. Jako junior (a nie było to dawno, bo kilka lat temu) mimo tego że istniały już dobre silniki szachowe, potrafiłem sam analizować swoje partie nawet do dwóch godzin, pomimo zmęczenia rozegraną wcześniej partią. To uczy przede wszystkim głębi myślenia i jest bardzo rozwijające szachowo. A dziś? Dziś większość zarówno juniorów, jak i starszych zawodników woli po partii usiąść wygodnie przed komputerem i sprawdzić, co pokaże ich elektroniczny niewolnik. No bo przecież „po co przemęczać kalafiora” cytując dość znaną osobę w światku szachowym, która nawiasem mówiąc jest trenerem. Znam osobiście zawodników, którzy gdy skończy się ich przygotowany na komputerze wariant a oni nie otrzymają oczywistej przewagi, przegrywają praktycznie w kilku następnych posunięciach. Porażający jest regres, jaki wynika właśnie z nadużywania komputerów, i bardzo źle się dzieje że niewielu ludzi to rozumie.
    A propos wypowiedzi użytkownika „VIP”, również grywałem na MP Juniorów (co prawda tylko w grupie C-18) w latach 2007 i 2008, i pamiętam że na ostatnich szachownicach grali zawodnicy z rankingami czasem nawet powyżej 2100. W tym roku gracze z takimi rankingami grali na pierwszych szachownicach. Zobaczymy, co będzie za następnych kilka lat 😉

  • 17 kwietnia 2012 - 02:44 | Permalink

    Bardzo ciekawy wpis, który daje dużo do myślenia. Zwłaszcza tam, gdzie padają statystki, a także spostrzeżenia dotyczące specyfiki pracy z dziećmi, nietrafionych priorytetów (fetysz MPJ), nadużywania komputerów itd.

    Mam jednak dwie uwagi lekko polemiczne. Pierwsza dotyczy narzekań, że w dzisiejszych czasach wszystko jest „biznesem” (ten wątek podchwycili niektórzy komentatorzy). Wydaje mi się, że lepiej zaakceptować taki stan rzeczy niż prowadzić walkę, która jest skazana na niepowodzenie. Jasne: raz na jakiś czas trafimy na filantropa, który postawi na jakość, a nie na ilość (i pieniądze). Wielkie brawa dla takich ludzi, a jednak … zasada, że organizatorzy dopłacają zamiast zarabiać – nie byłaby najlepsza. Generalnie, to co się bilansuje jest zdrowe, a to, do czego się dopłaca – jest kruche i prędzej czy później runie.

    Druga kwestia to spostrzeżenie, że dzieci mają wiele zajęć, które odciągają od szachów: nauka języków, balet, fortepian itd. Jakże łatwiej byłoby je wykierować na arcymistrzów, gdyby te zajęcia odpadły… Jeżeli to rozumowanie zatrzymuje się na konstatacji pewnych faktów i zależności, to – do pewnego stopnia – mogę się zgodzić. Uważałbym jednak za ostrą przesadę, gdyby ktoś namawiał rodziców do skasowania alternatywnych zajęć tylko po to, by dziecko mogło „w całości” poświęcić się szachom. Nie tędy droga. Dobry trener powinien wiedzieć, że potrzebna jest równowaga. Krótko pisząc: więcej Euwego, mniej Fischera…

    Pozdrawiam i gratuluję znakomitego (jak zwykle) wpisu.

  • 18 kwietnia 2012 - 10:28 | Permalink

    Witam,

    Ciekawy artykuł, opisujący od innej strony to co obserwuję jako rodzic.
    Nie wszystkie tezy popieram (komputer wykorzystuję do zainteresowania, szkolenia, nie do analizy bo na to za wcześnie), ale kluczowe pytanie brzmi:

    A ktoś się zastanawiał jak szkolić dzieci/młodzież w 2012 roku?

    Typowe szkolenie w klubie wygląda tak:
    10 osób (od bk 5 lat do I) grają, gawędzą i tak przez 90 minut. Dwa razy w tygodniu.
    Nie mają:
    – planu (po co to robić)
    – celu (co chcą osiągnąć)
    – programu (jak do tego dojść).

    (Mam już doświadczenie z kilku klubów.)

    Do tego nie mają zadań domowych (potrzebne są indywidualne konsultacje z innymi trenerami), rozpisanych startów kontrolnych, planów treningów.
    Po kilku miesiącach (!) wiem, że to nie jest droga rozwoju dla dzieci. Tzn. będą grały w szachy i tyle. Dojdą może do I, może do mk. Ale nie dalej.
    I to nie kwestia talentu tylko złego zaplecza. Talent jest potrzebny wyżej.
    No i teraz dochodzimy do sedna. Nawet jeśli chcę więcej, to nie mam z kim rozmawiać.
    Przeczesałem PZSzach, związki wojewódzkie, bazy trenerów itp. Powiem tak: poziom przygotowania instruktorskiego na podstawie internetu oceniam na mierny. Nie mówię o szkoleniu z gry, ale gra to element wyszkolenia specyficznego (dyscyplina), nie ogólnego (plan pracy itp).
    A ja myślałem, że jest źle w innych dyscyplinach.
    Co ciekawe – dzieci chcą grać w szachy. Brakuje klubów, turniejów, wszystkiego. Są miasta powyżej 200 000 mieszkańców, gdzie nie ma klubu szachowego.

    Pewnie część się oburzy, że to bez sensu. Być może. Ale na podstawie innych dyscyplin i porównania z zagranicą, wiem, że trzeba odrobić co najmniej rok. Bo stało się coś dziwnego, że w Polsce, w każdym sporcie zmarł sport dziecięcy. Nie chodzi o medale dziś, ale o przyszłość.
    Zdecydowana większość dzisiejszych 10 latków ma bardzo ograniczone szanse na Olimpiady za 10 lat. I to z powodu braku sita, szkoleń, przeglądu kadr itp.
    Przykład: dwóch podobnie utalentowanych 10 latków, jeden przepływał już 1000 godzin (4 lata x 2 razy w tygodniu x 2 godziny na zajęcia x 52), drugi też potrafi pływać. Kiedy drugi dogoni pierwszego? Może żaden nie będzie olimpijczykiem, ale dla drugiego może już być za późno.

    Nie jestem trenerem, szkoleniowcem, stąd moje sądy mogą nie mieć poparcia w faktach, ale są prostym ich opisem.

    Inaczej mówiąc, szukam trenera dla dziecka 8 lat, z planem na najbliższe 5 lat, konsultacje wirtualne/osobiste raz w miesiącu. Trenera, który ustali co powinno dziecko robić, w jakim tempie, jak itp.
    Określi jakie turnieje są kontrolne, jakie zabawowe, ile punktów na turniejach jest ok, ile nie.
    Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu.

    Pozdrawiam,

    Rodzic.

    • mateuszbartel
      18 kwietnia 2012 - 13:10 | Permalink

      Bez dwóch zdań – to jest wielki problem i wypada mi się tylko podpisać pod tą opinią. Mam wrażenie, że kiedyś więcej było szkoleniowców z pasją, dla których bardziej liczyła się przyjemność wychowywania przyszłych mistrzów niż pieniądze. Dzisiaj wielu „prywatnych” instruktorów liczy tylko czas od początku do końca zajęć i to co wpadnie do kieszeni, a to czy ktoś odniesie jakiś sukces jest tylko dodatkiem. Kiedyś trenerzy związani z klubami wkładali więcej serca z szkolenie. Oczywiście nadal są w Polsce instruktorzy na poziomie i z pasją i może to od nich można dowiedzieć się jak skutecznie prowadzić ośmiolatka?

  • 19 kwietnia 2012 - 11:29 | Permalink

    Bardzo smutne są konotacje wypowiedzi „rodzica”, który jednak ujął problem perfekcyjnie. Jest to obraz rodziny, w której odkryto, że dziecko kocha szachy i…właściwie to niewiadomo co z tym dalej zrobić. Nie ma jasnej, prostej drogi do tego, aby dzieciak znalazł się szybko w rękach specjalisty-pasjonata, który ukształtuje młodego sportowca, da mu impuls do rozwoju…Kluby to również dokładnie to co „rodzic” napisał – młodzież spotykająca się dwa razy w tygodniu całkowicie bez planu: coś tam zrobią, czegoś nie zrobią, grają w blitza, a czas płynie. Sam kiedyś zrobiłem małe „tournee” po klubach śląskich i tylko w nielicznych coś się naprawdę dzieje. W moim rodzinnym mieście, ponad 200 tysięcznym, Sosnowiec się nazywa, nie ma żadnego klubu szachowego. Pewnego razu wybrałem się z planem utworzenia „Małej akademii intelektu” dla dzieci (szachy, nauka języków, angielski, rosyjski, ukraiński) do Urzędu Miejskiego, to popatrzyli na mnie jak na gościa z galaktyki M89. Usłyszałem, że w tym mieście jest najważniejsza piłka nożna i szanse na jakiś pieniądz są marne „Niech pan próbuje, no przecież nie ma pan nic do stracenia!”. Obok mojego miasta nie ma klubu z prawdziwego zdarzenia Dąbrowa Górnicza, Będzin, Czeladź itd. Pchamy się do szkół i chcemy, żeby cały świat grał w szachy, tylko kluby jakie by one nie były, to już są, a nic się w nich nie dzieje. Zastanawiam się od dłuższego czasu czy nie byłoby sensowne, zrobić w jakiś wolny weekend wielkiej konferencji – coś w rodzaju „okrągłego stołu”, na której byłby zarząd Pzszach, zawodnicy, rodzice, działacze związków wojewódzkich, kierownicy klubów i debatowac do oporu, ująć problem precyzyjnie i działać wspólnie w tym kierunku, żeby już nie marnować kolejnych szachowych pokoleń. Problem jest i jest to problem poważny, ponieważ nieuzbrojonym okiem widać, że ma wiele przyczyn, a najgorsze co w tym momencie mozemy zrobić to… dłużej czekać.

  • mamakrzysia
    19 kwietnia 2012 - 17:09 | Permalink

    Na takich, którzy określają się mianem „pasjonatów” również należy uważać. Żeby nie było tak jak z moim synem – „trener” pobawi się dzieckiem jak zabawką i wyrzuci jak śmiecia jak się znudzi. Gdyby nie to, że syn naprawdę kocha szachy, pewnie by się zraził i zrezygnował z grania. Ktoś kto zabiera się za uczenie dzieci musi mieć przede wszystkim odpowiednie podejście. To nie są robociki do wygrywania. To są mali ludzie, dla których trener jest jedną z najważniejszych osób w ich życiu. I ma na nich ogromny wpływ. I to nie tylko pod względem szachowym.
    Tylko pytanie – ilu trenerów zdaje sobie z tego sprawę? Bo można rozwinąć pasję albo zniszczyć dziecko. I wszystko zależy od trenera.

    Co do klubów i funduszy na szkolenie – oczywiście, że ich nie ma. Z nieba nie leci, a o sponsorów w obecnych czasach niezwykle trudno. Ja jako rodzic 9-latka też mam wieczny problem skąd brać pieniądze na szkolenie i wyjazdy na długie,”poważniejsze” turnieje. I wcale mi nie jest miło, jak syn gra w turniejach „podwórkowych” tylko po to, żeby wygrać kasę na następny wyjazd.
    Jeżeli chodzi o traktowanie MP jako tych „najważniejszych” – znów wszystko rozbija się o pieniądze. Wygra, dostanie stypendium sportowe, dostanie się do Akademii, dostanie dopłaty do szkolenia i wyjazdów na turnieje szachów klasycznych ( to właśnie te najbardziej „kasożerne”). Nie wygra? Nie ma się za co uczyć. Nie może jeździć na lepsze turnieje. Stoi w miejscu. Każdy wyjazd na turniej szachów klasycznych to średnia pensja. Trzeba dojechać, gdzieś mieszkać, coś jeść. To wszystko razy dwa ( przecież 8-10 latek sam nigdzie dalej nie pojedzie). Wpisowe, jakie ono by nie było, przy tych kosztach jest zupełnie nieistotne. Oczywiście rodzic nie może pracować zawodowo, bo przecież nikomu tyle urlopu się nie należy. Chyba w totka trzeba wygrać. Dlatego dziwią mnie opinie, że szachy są tanim sportem. Co tam – deska i bierki.

    Jedyne, co można za darmo, to uczyć się samemu. Moje dziecko poświęca dziennie 2-3 godziny na samodzielną pracę nad szachami. Bo lubi. I jak widzę jego pasję, to robię wszystko, żeby mu w tym pomóc i ciężko by mi było mu powiedzieć, że nie może się uczyć i grać, bo rodzice nie mają czasu i pieniędzy…
    pozdrawiam,
    również rodzic

  • 20 kwietnia 2012 - 11:51 | Permalink

    Kiedyś na mistrzostwach przedszkolaków widziałem rodzica, który robił się na twarzy bordowy z nerwów, trząsł się i wił jak węgorz, gdy jego kilkulatek robił słabe posunięcie na szachownicy. Maluch ukradkiem rzucał spojrzenia na tatę z przestrachem – chciał sprawdzić czy tatę zadowala jego gra…Jeśli, na dokładkę, na drodze takiego malucha pojawi się równie „gorliwy” trener, to ja nie chciałbym tego widzieć. Ma Pani racje (mamakrzysia), nie ma nic dobrego w tym, gdy na drodze dziecka pojawi się trener, który potrafi tylko rozmawiać o szachach i niczym więcej. Jeśli trener spotyka się z dzieckiem raz w tygodniu, pomiędzy innymi zajęciami, to mniejsza z tym, gorzej gdy dziecko jest trenowane intensywnie i zajmuje się tylko i wyłącznie szachami. Uważam, że dobry trener nie jest tylko od wariantów w sycylijskiej i koncówek skoczkowych – rolą dobrego trenera jest kształcić dziecko na wielu płaszczyznach, pozwalać mu odkryć siebie. Dobry trener powinien przygladać się czy młody zawodnik trenuje z przekonania, czy… na przykład jak w sytuacji powyżej, żeby zadowolić niespełnione ambicje rodziców. Jeśli zauważy, że tak, powinien odbyć rozmowę z rodzicami i nie przykładać ręki do marnowania czasu dziecka, którego marzeniem akurat nie jest Gra Królewska.
    Oddając dziecko w ręce trenera chciałbym na przykład wiedzieć, co czytał, jakie są jego „pozaszachowe” pasje, jaki ma światopogląd, słowem czy jest to ktoś, z kim moje dziecko nie będzie marnować czasu. To wielka sztuka nauczyć młodego człowieka kochać szachy, a jednocześnie wskazać mu wiele innych dróg rozwoju, zaciekawiać światem. Ale iluż jest w Polsce takich trenerów??

  • IG
    22 kwietnia 2012 - 18:06 | Permalink

    Statystiky rankingowe
    http://www.c7c5.com/?pgid=ratingf

  • Sławek
    23 kwietnia 2012 - 12:05 | Permalink

    To ja też dołożę swoją cegiełkę… gdy byłem w wieku juniorskim, grałem w szachy w domu i tylko tam, bo nie było gdzie indziej. Gdy wiek juniorski opuszczałem, okazało się, że najbliższy klub szachowy jest godzinę jazdy samochodem.

    Prawdziwy problem jest taki, że jak ktoś chce grać i nie mieszka w dużym mieście, to w zasadzie może jedynie grać z kolegami jak ich znajdzie. Bez próby zrobienia szachów jako sportu masowego, ciężko będzie wyłapywać perełki wśród juniorów. Start w turnieju FIDE to co najmniej 100 zł. Jak dzieciaki kopią piłkę, to start w turnieju piłki nożnej dla dzieci zazwyczaj jest za darmo! Każde dziecko może kopać piłkę w klubie, bo te kluby są wszędzie, w szachach trzeba mieć szczęście mieszkać blisko klubu, a i to nie zawsze. Tu nawet nie chodzi o nagrody, bo dla dziecka dyplom i miejsce na pudle jest często ważniejsza niż kolejna piłka jaką dostanie jako nagrodę.

    Bez próby stworzenia masowego „rynku” szachów, czyli łatwości zorganizowania/zagrania w turnieju i wstąpienia do klubu, ciężko będzie liczyć na rozwój juniorów.

    Co do roli komputera, to trzeba wszystkim uświadomić jak najwcześniej, że podczas gry przy desce nie będzie komputera, który „pomyśli” za nas.

    W środowiskach lokalnych brakuje sędziów, którzy mogliby robić turnieje nawet na podstawowe kategorie. Co stoi na przeszkodzie, aby dać podstawowe wymagania dla organizatorów turniejów gdzie można maksymalnie uzyskać IV kategorię? Jak znajdą się tam perełki, to łatwiej będzie znaleźć dla nich dalszą drogę rozwoju.

  • 24 kwietnia 2012 - 10:19 | Permalink

    Witam,

    A co ma popychać dzieci do gry? Granie w Angry birds i obecność w sieci daje uczucie przynależności do grupy i rywalizację.
    A w szachach jest tak, że:
    http://www.chessarbiter.com/rankingi.php?rank_szybkie=&lista_od=1&lista_do=500

    na 5350 turniejów w bazie, 1126 nie spełnia kryteriów do rankingu.
    To znaczy, że 20% sedziów działa na niekorzyść szachistów! Na naszą szkodę! Bo nie mogę porównać swojego wyniku z wynikiem juniora ze Szczecina.
    Ja bym rozumiał 2% pomyłek, ale co piąta?
    To jak się szachy mają rozwijać?

    Inne przykłady niemożliwych do wykonania zadań:

    1. Proszę znaleźć na stronie PZSzach zasady przyznawania aktualnej klasyfikacji (co to jest Młodzieżowa???).
    http://www.pzszach.org.pl/index.php?idm=6&idm2=272

    2. Proszę spróbować ściągnąć pliki z PZSzach z harmonogramu.

    3. Proszę znaleźć kontakty do klubów szachowych.

    4. Proszę znaleźć i zrozumieć komunikat dla uczestników Turnieju Pierwszej Szansy dla Juniorów. Przytoczę dokładnie:

    UCZESTNICTWO
    Prawo gry w swojej grupie wiekowej posiadają obywatele polscy (oraz zamieszkujący w Polsce
    obywatele państw UE), posiadający licencję PZSzach, członkowie klubów sportowych zrzeszonych w
    PZSzach, finaliści: Mistrzostw Polski Juniorów, Mistrzostw Polski Juniorów Młodszych i Pucharu Polski
    Juniorów 2012 oraz:
    – do 9 lat, zawodnicy z minimum V kategorią szachową,
    – do 11 lat z minimum IV kategorią szachową,
    – do 13 lat z minimum III kategorią szachową,
    – do 15 lat z minimum II kategorią szachową

    To kto może startować?
    14 lat z II? Czy musi być finalistą?

    • 26 kwietnia 2012 - 14:16 | Permalink

      Panie Michale,

      Z tego fragmentu wynika, że jak człowiek ma 14 lat i II kategorię, to nie musi być finalistą. Łapie się bowiem na ostatni myślnik („do 15 lat z minimum II kategorią szachową”).

  • 24 kwietnia 2012 - 15:02 | Permalink

    Jest jeszcze sprawa swoistego „wyciskania” lokalnych klubów przez silniejsze. Klasyczny scenariusz: mniejszy klub wychowuje zdolnego juniora, ten pokazuje się w jakichś zawodach … i lada moment jest już członkiem lokalnego hegemona. Byłoby to naturalne, gdyby „coś” szło w drugą stronę – może pieniądze, może wsparcie organizacyjne (np. zapraszanie uczestników z współpracujących mniejszych klubów na obozy i wybrane zajęcia), może trochę starsi gracze którym nieco zabrakło do topu ale ciągle mogliby być bardzo cenni i sportowo, i szkoleniowo w mniejszych ośrodkach. Ale częściej jest to zwykły darmowy wyzysk. Efekt? Małym klubom bardziej opłaca się tania masówka niż specjalizowane szkolenie, dopraszając się o dotacje czy sponsoring przynajmniej mogą się pochwalić ilością szkolonych dzieci, bo sukcesami tak czy siak pochwalić się nie zdążą (a jeśli już, muszą celować w jakiś mierzalny sukces „za pierwszym strzałem” bo za rok perspektywicznego zawodnika już u nich nie będzie). A skoro nie opłaca się „opracowywanie” talentów u podstaw, to wyżej robi się pustka.

    Z innej beczki: zastanawiam się, czy … nie za dużo mamy zawodów stricte juniorskich. Dzieciaki i nastolatki kiszą się we własnym sosie, podczas gdy mogłyby z większym pożytkiem zderzać się z dorosłymi (odpowiednio do poziomu oczywiście). Ale turnieje U10, U12 czy U14 mają często atrakcyjne nagrody, wchodzą do takich czy innych klasyfikacji klubowych itp, turnieje otwarte zaś to – poniżej poziomu mistrzowskiego – czyste hobby i nawet z prostym załatwianiem miejsc do gry mają notoryczne trudności.

    PS Czy problemu kosztów dojazdów i braku lokalnych przeciwników nie dałoby się trochę amortyzować przy pomocy internetu? Oczywiście i teraz dzieciaki mogą po prostu grać na takich czy innych serwerach szachowych ale najczęściej jest to zabawa. Gdyby było to jakoś spięte z realnymi zawodami (np. internetowe kwalifikacje do turnieju OTB) i było grą przeciw rozpoznawalnym konkretnym osobom, miałoby większy prestiż, gdyby toczyło się pod okiem sędziów i trenerów, zmniejszałoby obawę o (c)heating itp.

  • Shrek1953
    25 kwietnia 2012 - 01:14 | Permalink

    Rodzicowi z ośmioletnim dzieckiem pasjonatem szachowym trudno jest polecić trenera instruktora bez podania lokalizacji bo to jest bardzo ważne. Uważam, że lekcje wirtualne w tym wieku to nieporozumienie. Jeśli ma Pan, Pani szczęście znaleźć się blisko Opola to polecam tamtejszych specjalistów . Z pewnością są też inni ale tych znam i uważam, że mają właściwe podejście.
    Nie wiem czy należy dzień po dniu planować zajęcia z dziećmi w tym wieku, choć oczywiście plan jest jak najbardziej wskazany.Trochę martwą mnie te plany startów w tym wieku chyba, że się zdecydowało na wyczyn. W takim przypadku jest to zrozumiałe.
    Powracając jeszcze do wątku komputera , jego roli w treningu szczególnie dzieci to chcę przypomnieć to o czym już dawno wspominałem ale zapewne zostało pominięte lub uznane za niezbyt ważne:
    Komputer nie ma żadnej podmiotowości, nie ma żadnej relacji w stosunku do siebie samego.
    To ważne. Z tego i nie tylko z tego powodu relacja powinna być taka, że człowiek używa komputera a nie odwrotnie.

  • Shrek1953
    25 kwietnia 2012 - 01:33 | Permalink

    Nie tak dawno bo kilka dni temu w Solinie Rodzicielka przyszłej MP słyszała rozmowę czy też raczej wrzaski trenera i rodzica w sprawie partii szachowej .padały różne inwektywy pod adresem obu grających. W pewnym momencie Rodzicielka zorientowała się, że jedną z poniewieranych jest jej córka i zwróciła grzecznie uwagę na niestosowne zachowanie. usłyszała, że podsłuchiwać jest nieładnie, choć opiekunowie wydzierali się pod niebiosa ( że też te nie otwarły się z hukiem…)
    Następnie pojawiła się „podopieczna” obu Panów i została zmieszana z błotem. Niestety nie jest to rzadki przypadek. Smutne to i nie sądzę by można tylko rodziców za to winić. Choć KOR czyli Komitet Oszalałych Rodziców niestety ma się dobrze i działa. Termin ten wymyślił w odniesieniu do szachów Marek Bartel( zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa). Dodam ,że ów trener ( tfu!) uważa się za najlepszego w Polsce i uczy dzieci myślenia.
    Tak też bywa i to zjawisko opisano tu na blogu, gdy rodzic wraz z „trenerem” używają dziecka w charakterze piłki tenisowej a czasem jako szmaty do wytarcia własnych brudów psychicznych.
    na każdym spotkaniu z Rodzicami, Trenerami i Instruktorami o tym mówię, chrypię i charczę ale powoli sił mi brak. Dobrze, że taki temat się pojawił
    Jest to oczywiście tylko jeden z problemów ale od tego trzeba zacząć. Dlaczego godzimy się aby nasze dzieci tak miały cierpieć i to nie wiadomo z jakiego powodu?.

    • 26 kwietnia 2012 - 23:04 | Permalink

      „Dodam ,że ów trener ( tfu!) uważa się za najlepszego w Polsce”- to nie jest cecha jednoznacznie definiująca choćby wąską grupę ludzi w tej branży 🙂

      • Shrek1953
        30 kwietnia 2012 - 21:46 | Permalink

        Olgo!
        Jeśli jesteś ciekawa kogo dotyczy wpis to mogę udzielić konkretnej , zawężającej pole manewru praktycznie do jednego człowieka podpowiedzi po otrzymaniu adresu mailowego:)

        • 2 maja 2012 - 00:45 | Permalink

          Nie jestem ciekawa. Było to raczej spostrzeżenie, że wiele jest w tej branży osób ze zbiorem słusznych poglądów na wszystko, które nigdy nie powinny były trafić do pracy z dziećmi.
          Nie mam na to recepty. Środowisko jest stosunkowo małe, popyt na usługi trenerskie spory, asymetria informaci między rodzicem a osobą świadczącą usługi szkoleniowe w zakresie szachów (jakoś zadrżała mi ręka przed napisaniem ‚trenerem’)- spora.

          • Shrek1953
            2 maja 2012 - 23:04 | Permalink

            Niestety całkowicie się zgadzam! Niestety bo wolałbym mieć jakieś argumenty na rzecz trenerów instruktorów ale niewiele tego jest. Konkretne nazwisko jest rzecz jasna nie tak ważne, ważna jest niestety tendencja

  • Shrek1953
    25 kwietnia 2012 - 01:50 | Permalink

    W każdych czasach a szczególnie teraz wszyscy jesteśmy atakowani niezmierzoną ilością bodźców i ogłupiani ponad wszelką miarę. Czy musimy jeszcze dzieciom dodawać coś do tego co je spotyka na co dzień?.
    Naprawdę widziałem już wiele i czasem czuję się jakbym miał setki lat i wciąż oglądał ten sam ponury spektakl.. Rzadkie są rozbłyski światła i tylko radość i świeżość nie zniszczonych jeszcze do końca dzieci trzyma mnie przy życiu w świecie szachowym.

  • mamakrzysia
    25 kwietnia 2012 - 10:24 | Permalink

    W bardzo wielu przypadkach to rodzice bardziej chcą niż same dzieci. A ci, którzy chcą sami, w dalszym ciągu nie mają się gdzie szkolić i nie ma ich kto i za co uczyć. I jak ma być dobrze?

  • Marek Bartel
    26 kwietnia 2012 - 15:25 | Permalink

    Pozwólcie Państwo, że podzielę się z Wami, krótką anegdotką z czasów wczesnej edukacji szachowej Mateusza.

    Od mniej więcej roku zatrudniam wybitnego moim zdaniem specjalistę z Ukrainy – Yakova Loifenfelda, który opiekuje się 12 letnim natenczas moim synem. Pewnego dnia uznałem, że jako rodzic i pracodawca (a były to niemałe pieniądze) mam prawo a wręcz obowiązek kontroli tego co też dzieje się w mojej prywatnej szkole. Uzbroiwszy się w odwagę na początku kolejnych zajęć pytam:

    – Panie Jakovie – czy mógłby Pan powiedzieć mi nad czym w chwili obecnej pracuje Pan z Mateuszem ?

    Yakov, przewracając swoje stosy diagramów, szachowymi stempelkami produkując nowe patrzy się na mnie spod oka

    – A o co Panu chodzi Pan Marek ?

    – No wie Pan, chciałbym wiedzieć na ten przykład jakie debiuty przygotowujecie, czy macie jakieś pomysły jak pokonać Kamila.

    – My Pan Marek nic nie przygotowujemy.

    – Nie rozumiem, to nad czym pracujecie jak nie nad szachami.

    – Pan Marek, Pan to chyba myśli, że Mateusz umie grać w szachy. (Mateusz ma w tym momencie w swoim dorobku tytuł mistrza Polski do 10 i 12 lat). Ja Pan Marek mówię Wam, że on w szachy grać nie umie. Ja się Pan Marek diełaju, żeby on rozumiał co to znaczy grać w szachy.

    – No dobrze, a co z debiutami.

    – My Pan Marek na debiuty nie mamy czasu. Poza tym ja nie znam debiutów. Są książki – Pan mu kupi on przecież umie czytać – to niech czyta. Pan mu kupił komputer to on może przecież oglądać te debiuty.

    – Hmm

    – Ja Pan Marek Pana przepraszam ale my nie mamy czasu, my musimy już się brać za rabotu.

    Tyle anegdoty.

    Serdecznie polecam ją pod rozwagę przedstawicielom KOR-u oraz różnym internetowym mądralom ubolewającym nad złym doborem debiutowym juniorów będących u początku przygody z szachami.

    • Shrek1953
      27 kwietnia 2012 - 00:55 | Permalink

      Tak panie Marek!
      Dlatego mnie przeraża to rozpisanie turniejowych startów ośmiolatka i zajęć godzina po godzinie. Kontakt z dzieckiem, z inna istota ludzka jest zbyt bogaty aby go zawrzeć w sztywnych ramkach.
      dajmy dzieciom się cieszyć tym co robią niech się bawią, uczą. ,grają. Po co to ciśnienie?
      Ma być Paganini? Choćby z garbem ale niech będzie? Za jaką cenę?

      • Maciej
        27 kwietnia 2012 - 12:35 | Permalink

        W ten sposób zamykane są Szkoły Mistrzostwa Sportowego. A w pływaniu wystarczy być trochę ponad średnią by być w SMS. Bo dyrektor ma pieniądze za ilość, a trener kadry nie ma kogo wystawić do zawodów.
        Niestety jednak jestem za garbem.

        • Shrek1953
          27 kwietnia 2012 - 21:33 | Permalink

          Rozumiem ale jest Pan za kosztem dzieci? Aby było jasne?

        • Shrek1953
          27 kwietnia 2012 - 23:59 | Permalink

          Najlepiej hoduje się cudze garby P.Macieju. Nie boli ,nie uwiera i nie rysuje powierzchni!

    • 8 maja 2012 - 13:57 | Permalink

      Świetne 🙂

      Ja pamiętam, że raz mnie wzięto na mecz Polska – Czechy, a mojemu trenerowi śmierdziały palce od papierosów 🙂 No ale to znacznie niższy poziom 😉

  • rodzic
    1 maja 2012 - 03:49 | Permalink

    witam. mam synka 4latka gra 0,5roku byliśmy teraz na mistrzostwach polski przedszkolakach super wyjadz zainteresowanie tvn24 bezposredni wywiad czyli sa zainteresowani ale nie o to chodzi syn starszy ma 14lat i nie chce popełnic błędów młodszy chce grac nawet kilka razy dziennie jestem na poziomie I jak dalej zachęcic syna bo naprawde każda wolna moja chwile pyta sie czy zagramy w szachy i nie chciałbym zmarnować takiego potencjału pozdrawiam i takich prosze o rade ewentualnie trenera dla takich maluszków.
    pozdrawiam

  • wtabola
    1 maja 2012 - 14:43 | Permalink

    Dziękuję Mateuszowi za poruszenie istotnej kwestii jaką jest poziom szachów wśród juniorów. Głos Mistrza Polski, który przeszedł „ścieżkę zdrowia” od mistrza wśród 10-latków do tytułu arcymistrza jest szczególnie istotny. Zgadzam się z większością tez Mateusza ale na początek nie zgodzę się na porównywanie poziomu MPJ na podstawie średniego rankingu bowiem wskutek nowej polityki rankingowej FIDE nastąpiła bardzo istotna jego inflacja. Jedyną obiektywną drogą powinna być ocena jakości partii ale to zadanie ponad siły każdego.
    Mimo zakwestionowania metody porównania rankingowego intuicja i obserwacja, podpowiadają mi, że z tym poziomem jednak jest „coś nie tak”. W czasach Mateusza – juniora była bardzo silna, wręcz elitarna czołówka (Bartel, Miśta, Mitoń, Gajewski, Dziuba, Szymański, Jakubowski – pominiętych przepraszam) oraz długi „ogon” zawodników wyraźnie odstających. Dziś bardzo podniósł się poziom „ogona” ale… obniżył czołówki.
    Zapewne nie ma jednej przyczyny lecz zadziałał zespół czynników. W moim przekonaniu jednym z najistotniejszych jest fakt, że to co jest naszą ogromną siłą (rozbudowany system rozgrywek dla dzieci zapewniający nabór talentów) jest jednocześnie największą słabością. Pęd do sukcesu, „parcie na medal” jest tak silne, że wywołują szkolenie na skróty. Rodzice tak bardzo oczekują medalu, że w niezamierzony sposób stworzyli rynek trenerów – najemników, którzy mają zapewnić im realizację upragnionego celu. Debiut, wariant, bezpośrednie przygotowanie przed partią, także arcymistrz towarzyszący 9-latkowi, mają przynieść punkt podczas gdy jakość gry staje się kwestią drugorzędną. To polityka krótkowzroczna, w której ciekawość szachów jaka towarzyszyła pokoleniu Mateusza, została wyparta przez ciekawość punktów.
    W efekcie do akademii trafiają zawodnicy, z którymi trenerzy muszą zaczynać „od Adama i Ewy”. Dziesięciolatek, który wygrywa MPJ wcale nie musi być najbardziej utalentowany, często jest najbardziej „napompowany” i to nie tym czego potrzebuje w dłuższej perspektywie a złudność talentu wychodzi dopiero po kilku latach. Z drugiej strony kogo powoływać do akademii jeśli nie zwycięzców? (Żeby „nie rozwodnić” tematu pominę kwestię samej akademii bowiem w tej sprawie – z udziałem Mateusza – toczy się dyskusja w innym gronie).
    Co zatem zrobić? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi bo problem jest złożony. Z punktu widzenia rozwoju szachowego zdolnego dziecka, udział w MPJ jest zupełnie nieistotny a czasami wręcz szkodliwy ale… Tu zaczyna się kwadratura koła bowiem wychodząc z systemu współzawodnictwa zawodnik traci pewne profity zawiązane z akademią, stypendium w mieście i inne a klub traci finansowo bo wyniki z mistrzostw są podstawą gratyfikacji finansowych w miastach i województwach. W dodatku wyniki MŚ I ME mają bardzo istotny wpływ na środki otrzymywane z MSiT. Albo czy po to wychowujemy zawodnika, żeby ten później nie reprezentował nas w lidze juniorów? To są trudne pytania. Czy zlikwidować współzawodnictwo w najmłodszych grupach ? – ucierpi nabór czyli podstawa piramidy. Skrupulatni Niemcy wyliczyli, że aby mieć gwarancję medalu olimpijskiego w dowolnym sporcie u podstawy piramidy, zorganizowanym szkoleniem powinno być objętych 900 tys. adeptów. Nie znam metodologii liczenia ale wierzę;).
    Zatem główny spór w dyskusji o szachach juniorów powinien toczyć się wokół problemu: jak nie zabijając podstaw naboru tj. systemu wczesnego współzawodnictwa, zapewnić właściwą ścieżkę rozwoju najlepszym zawodnikom.

    • mamakrzysia
      2 maja 2012 - 12:31 | Permalink

      Dlaczego wszyscy uważają, ze to rodzice wymagają medali? Czyż nie jest tak, że oczekiwania takie mają kluby, trenerzy i związki? Co z tego, że moje dziecko przez najbliższe kilka lat nie zdobędzie żadnego medalu – ale będzie się uczyć ( jak będzie miało gdzie i za co ) i będzie pogłębiać swoją wiedzę. Chyba chodzi o to ( a może jestem w dużym błędzie), żeby coś sobą prezentować będąc seniorem. Potępiacie Państwo szkolenie dzieci przez mocnych graczy i trenerów. A może jakaś sugestia w takim razie, kto te dzieci powinien uczyć? Ktoś, kto popełnia niewiele mniej błędów niż samo dziecko i preferuje uczenie bez zrozumienia na pamięć? Jak dla mnie trochę bez sensu i na krótką metę.

      • eszton
        2 maja 2012 - 16:10 | Permalink

        Kto powinien dzieci uczyć? Moja odpowiedź: dobry nauczyciel.
        Mała refleksja: mama jednej z zawodniczek mówi: uważam, że moja córka za dużo angażuje się w grę i dlatego na najbliższy turniej nie pojedzie. Mama innej zawodniczki na to: Ja to bym chciała, żeby moja córka jeździła na turnieje. Ja na to: zamieńcie się córkami i po kłopocie.
        Problem leży najczęściej na linii rodzic – dziecko. Mama nie wymieni córki na lepszy model jak również dziecko nie wymieni sobie rodziców. Zawsze natomiast można wymienić trenera(instruktora).

    • Shrek1953
      2 maja 2012 - 23:56 | Permalink

      Szachy są zupełnie inne niż dawniej i nie jest to odkrywcze ale często zapominamy, że zmiany dotyczą nie tylko tempa gry, użycia komputera itd. ale także kontekstu, powiedzmy życiowego aby użyć skrótu.
      Bardzo wiele czynników powinno być spełnionych aby była szansa na sukces. Powtarzam szansa bo nie ma gwarancji.
      Perspektywa zawodowego uprawiania szachów jest mało atrakcyjna w porównaniu z np: zawodem lekarza, informatyka. Jakikolwiek zawód zapewni w sumie pewniejszą, bardziej stabilną sytuację społeczną niż status zawodowego szachisty „kolędującego” z klubu do klubu i zaliczającego wszystkie możliwe ligi.
      Wielu zawodników zamiast się wzmacniać pracując nad szachami i startując w silnych turniejach o prosu stara się zarobić na życie.
      Łatwo jest ich krytykować ale czynią to ludzie, którzy.sami niczego nie zaryzykowali w swym życiu.
      Każdy rodzic wiele razy i słusznie się zastanowi zanim pomyśli choćby o karierze zawodowego szachisty. Przynajmniej ja takich nie spotkałem. I wcale się temu nie dziwię, że chcą dla swego dziecka czegoś pewniejszego.
      Parcie na medale, niezależnie czy to „wina ” rodziców czy działaczy czy trenerów zabija walor twórczy, wychowawczy szachów. Poprzez szachy dzieci mają nie zdobywać medale ( choć niejako po drodze byłoby zacnie) ale zdobywać wiedzę najważniejszą bo o samym sobie.
      Tak niewiele z tych bardzo niekiedy zdolnych dzieci zostaje w bardzo aktywnej grze ,gdy kończy szkołę, idzie na studia. Przecież nie ma tu żadnej tajemnicy ani nikt nie jest winny. Chyba ,że życie jest „winne”
      Oczywiście kibicuję swoim podopiecznym i staram się aby grali jak najlepiej ale cieszy mnie każde ich zwycięstwo w spotkaniu z własnymi słabościami. Każde przekroczenie uwarunkowania.
      O „Akademii” napisano bardzo wiele, niestety również niepochlebnie. Niestety nie dlatego, że nie uchodzi ale dlatego, że większość wypowiedzi jest oparta o wymysły nie mające niczego wspólnego z rzeczywistą działalnością „Akademii” a wypowiadają się ludzie najmniej do tego predestynowani.
      Krótko przypomnę, że najprostsze wyliczenia wykazują,że „Akademia” może z racji swych możliwości finansowych mieć piecze na adeptami przez 30 dni w roku. proszę o tym nie zapominać w szale znajdowania winnych. palenie czarownic i instytucja kozła ofiarnego są wciąż aktualne.Zdaję sobie sprawę z tego ale mam też świadomość, że my jako trenerzy staramy się jak możemy najlepiej i każdemu z nas zależy przecież aby nasi wychowankowie grali jak najlepiej. Wszyscy się mylą, chociaż odnoszę wrażenie, że mamy kilku nieomylnych.
      Obecna era „obrazkowa” dużych skrótów, symboli nie sprzyja głębokiej wiedzy szachowej tworzonej, przekazywanej od podstaw.
      Parcie na medale to inna twarz wyścigu szczurów , sukcesu za wszelka cenę. Wielokrotnie tu już pisano, że nie wiadomo co to za sukces np: złoty medal w kategorii do 10 lat?
      Wszyscy chyba się z tego cieszymy ale trzeba zachować trzeźwy ogląd. Znamy też uwarunkowania w jakich odgrywany jest świat szachowy. PZszach jest wpleciony w cały szereg innych struktur finansowych i polega rozmaitym ograniczeniom. Nie jest łatwo z tego wszystkiego wybrnąć. Wiem, że tylko „zahaczyłem” problem ale w największym
      skrócie tak to widzę
      . Nie znam wiele przypadków żaru zapalającego się w oczach młodych adeptów na widok wspaniałej kombinacji i niewielu jest prawdziwych pasjonatów
      szachów a bez tego trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek mistrzostwo w szachach.
      Czy naprawdę trzeba tu szukać winnych?

  • Andrzej
    3 maja 2012 - 18:04 | Permalink

    Witam

    Pozwolę częściowo nie zgodzić się z przedmówcami.
    Owszem dzieci są przeładowane obowiązkami i odciągane od treningów przez wiele innych
    przyjemności.Ale nie grają wcale dużo gorzej niż kilka lat temu.Słabe rezultaty na MŚ w Bra-
    zyli mogą być trochę przypadkowe,podobnie dobry start na MŚ w Grecji.A już całkowitym
    nieporozumieniem jest porównywanie rankingów teraz i wcześniej.Stało się tak na skutek
    obniżenia rankingu minimalnego.W Polsce do FIDE zgłasza się dużo rozgrywek ,więc nawet
    maluchy mają rankingi-siłą rzeczy małe.Pózniej ciężko je szybko podnieść.Jednak w konfrontacji
    ze starszymi zawodnikami ,młodzi z dużo niższymi rankingami radzą sobie bardzo dobrze.
    Proszę zobaczyć jak spadły rankingi niektórych „weteranów” lub zawodników grających
    okazjonalnie.
    Pozdrawiam

    • Shrek1953
      4 maja 2012 - 23:52 | Permalink

      Andrzeju!
      Moja ocena nie bazuje na porównaniu rankingów tylko codziennej pracy z dziećmi. Pogarszająca się w zastraszający sposób pamięć, próby pomijania w szkoleniu pewnych „nudnych” stopni, skłonność do skrótów i uczenia się tylko debiutów. Mógłbym tu wyliczać jeszcze długo ale dam spokój. Każdy obserwujący dzieci na przestrzeni wielu lat zauważył to bez trudu. Cierpi na tym jakość gry przede wszystkim. Samo porównanie rankingów nie daje właściwego obrazu.

  • Roman
    7 maja 2012 - 14:59 | Permalink

    A taki poboczny temat: czy wiadomo kiedy i czy w ogóle odbędą się w tym roku Indywidualne Mistrzostwa Polski w szachach szybkich?

  • LK
    7 maja 2012 - 22:10 | Permalink

    Świetny wpis Mateuszu 🙂 ale problem już taki fajny nie jest, a co można zrobić żeby się to zmieniło… hmm, to pozostawiłbym specjalistom ale czy tacy są… Ps.bardzo ciekawe komentarze, ciekawe rady itp.

  • Trener
    8 maja 2012 - 21:23 | Permalink

    Moim zdaniem to wszystko jest przeregulowane. Od góry do samego dołu. A z drugiej strony mało jest pozytywnej chęci zrobienia sobie/innym dobrze.

    Przykład pierwszy z brzegu:
    Dlaczego PZSZach ogranicza liczbę zawodników na MEJ?
    Dlaczego nie mogą jechać wszyscy chętni?

    Komunikat organizatora:
    2.4. Każda Federacja może zgłosić nieograniczoną liczbę zawodników dodatkowych.

    Komunikat PZSZach:
    Zawodnicy którzy w roku mistrzostw zajęli w Mistrzostwach Polski Juniorów,
    Młodzików lub Pucharze Polski do 8 lat miejsce nie dalsze niż 10.

    Wszyscy albo narzekają albo marzą. A chyba trzeba pracować/punktować. Tylko wtedy związek musi chcieć zmian i być otwarty na krytykę.

    • mateuszbartel
      8 maja 2012 - 21:31 | Permalink

      Akurat ten zapis jest moim zdaniem słuszny, ja bym to nawet zaostrzył. Oczywiście, ECU nie nałoży limitów, bo większa liczba zawodników przekłada się na pieniądze, ale interes Związku w wysyłaniu większej grupy zawodników jest raczej nijaki. Po pierwsze – wysłanie dużej ekipy to duży problem logistyczny. Po drugie – im więcej zawodników (domyślnie raczej niezbyt silnych) tym większa szansa, że będą oni uprawiali szachową turystykę, a to nie sprzyja atmosferze walki. Ponadto „za moich czasów” udział w ME czy MŚ był wielkim wyróżnieniem, bo wówczas jechali niemalże tylko mistrzowie i wicemistrzowie Polski. Obecnie przez to, że te turnieje stały się praktycznie ogólnodostępne, to i zaszczyt wzięcia udziału w takim turnieju spada.

  • IT
    3 grudnia 2012 - 14:37 | Permalink

    Zdolni juniorzy są. Kwestią jest, czy są dobrze szkoleni.

    Od niedawna jeżdżę na turnieje szachowe celem zdobycia kategorii. Najpierw zdobyłem IV kat., wygrywając wszystkie partie w turnieju dla zawodników bk (dzieci 5-12 lat). Tu zwróciła moją uwagę 7-latka, z którą wygrać było najtrudniej – miała dobre wyczucie pozycji, nie podstawiała materiału.

    W ostatni weekend brałem udział w turnieju na III kategorię (zawodnicy z rankingiem 1400), który wygrałem (6,5/7 pkt.). Tu brały udział głównie dzieci w wieku 8-14 lat i … wspomniana już 7-latka, która zdążyła zdobyć już III kat. kobiecą.

    Zauważyłem, że dzieci w miarę nieźle rozgrywały debiut, jeśli grałem białymi partię hiszpańską – ale tylko do pewnego momentu, w którym „kończyła” się teoria, który to moment był widoczny. Obrona francuska, gdy grały białymi, była natomiast niemalże szokiem i skutkowała złą grą w debiucie od samego początku – czyżby nauka debiutu polegała na „wkuwaniu” posunięć „hiszpanki” zamiast przedstawienia ogólnych zasad rozgrywania początku partii na kilku przykładach najpopularniejszych debiutów?

    Dużym mankamentem dzieci jest taktyka. Dwukrotnie dałem mata na h7 – dzieci nie widziały baterii goniec-hetman, mierzącej w ten punkt. Wszystkie partie wygrałem dzięki taktyce – widać było brak umiejętności liczenia wariantów u dzieci. I nie chodzi mi o liczenie skomplikowanych, ostrych pozycji rodem z partii M.Tala, a prostych 2-, 3-posunięciowych kombinacji (jak z książek autorstwa Konotopów z taktycznymi zadaniami szachowymi), dzięki którym tu wygrałem pionka, gdzie indziej wygrałem skoczka za pionka i tak budowałem przewagę.

    W jednej partii doszło do tzw. przegranej dla mnie końcówki (po prostej podstawce w wyniku dekoncentracji, zdarza się arcymistrzom, a ja w końcu mam raptem III kat.!), w której dziewczyna nie zastosowała podstawowej zasady rozgrywania końcówki – zaktywizowania króla, dzięki czemu udało mi się zremisować partę.

    Nie jestem trenerem szachowym, nie chcę się wymądrzać, ale na podstawie rozegranych partii z dziećmi do III kat. włącznie mam wrażenie, że w treningu szachowym za mało uwagi poświęca się taktyce. Na wczesnym etapie gry (do III kat. włącznie) 99% partii rozstrzyga się przez taktykę – wygranie figury w wyniku stosunkowo prostej kombinacji i uzyskanie wystarczającej do zwycięstwa przewagi materialnej (pod warunkiem, że nie zrewanżujemy się podobnym „prezentem”).

    Na nic przyda się znajomość teorii debiutów, terminów „zły/dobry goniec”, „silne/słabe pola”, jeśli tracimy materiał w wyniku prostej taktyki. Oczywiście, znajomość ogolnych zasad rozgrywania debiutu i końcówki na poziomie III kat. jest także nieodzowna, ale pierwsze skrzypce w partiach odgrywa taktyka.

    PS. Mam 45 lat. Zasad poruszania bierek szachowych nauczyłem się w wieku 10 lat, potem grywałem w szachy z kolegami, potem były artykuły pani Litmanowicz w tygodniku „Razem”, próby analizy partii z „Szachów” czy też z „64”. Nigdy nie miałem regularnego treningu szachowego, W technikum ogrywałem z reguły wszystkich kolegów, którzy ze mną grywali. Potem były studia i grywanie z kolegą mającym III kategorię (grał kiedyś w klubie z GM Jackiem Gdańskim, ten sam rocznik) – czasami wygrałem, ale z reguły przegrywałem. Po studiach był udział w kilku turniejach szachów szybkich P’15 z wynikami rzędu 4/9pkt (szerokie spektrum graczy, od bk do IM z normami GM). I 10-letni rozbrat z szachami (inne zainteresowania).

    Niecałe dwa lata temu „wróciłem” do szachów jako hobby; wygląda na to, że na stałe. 🙂

    Mój „trening” to rozwiązywanie zadań szachowych (taktyka, elementarne końcówki) na stronach w Internecie, analiza partii własnych oraz komentowanych partii silnych graczy, a także lektura książek „ogólnych” (M.Euwe „Ocena pozycji i planowanie”, A.Kotow „Myśl jak arcymistrz” itp.)

    Na serwerze freechess.org mój ranking oscyluje w granicach 1700-1750, Przed dwoma laty był o 200 pkt. nizszy,

  • 11 lutego 2013 - 12:28 | Permalink

    Patrząc na ulubione rozrywki polskiej młodzieży jak również na popularyzację szachów – nie ma się co szczególnie dziwić :/ Niestety.

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *