Kto do tanga dla Ananda?

Już jutro rozpocznie się od dawna wyczekiwany turniej kandydatów. Chociaż wszyscy przyznają, że wygrać może każdy, bo poziom jest bardzo wyrównany, to oczywistym jest, że największe szanse na końcowy triumf ma Magnus Carlsen. 

 

Przed startem turnieju jakiekolwiek przewidywania przypominać będą wróżenie z fusów. Część zawodników od dawna nie grała, sumiennie przygotowując formę, inni grali, ale ewidentnie treningowo. Forma większości jest zatem zagadką. Pewne jest natomiast, że każdy przygotował się do startu wyjątkowo. Start w Londynie będzie istotny zwłaszcza dla starszych zawodników – Kramnika, Iwańczuka, Gelfanda oraz Swidlera. To może być dla nich jedna z ostatnich szans na walkę o tytuł mistrza świata – jeśli po prostu nie ostatnia, bo Kramnik przebąkuje o końcu kariery, a pozostali z uwagi na niskie rankingi muszą walczyć w eliminacjach typu Grand Prix lub Pucharu Świata.

Powiedzieć, że Carlsen ma największe szanse to jak powiedzieć, że 2+2 jest 4. Wszystkie znaki na niebie i na Ziemi świadczą o tym, że w zawodach w formie turnieju kołowego szanse Norwega na końcowy triumf są bardzo wysokie. W końcu w ostatnich kilku latach na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, gdy młody potomek Wikingów skończył jakieś zawody na innym miejscu niż pierwsze. Zawsze pozostają jednak jakieś, ale…

Jednym z tych „ale”, jest skład turnieju. We wszystkich zawodach, w których występowali nieco słabsi gracze, Carlsen radził sobie świetnie, bo bardzo umiejętnie ich punktował. Walczył o cały punkt i białymi i czarnymi, walczył najczęściej do upadłego, cały czas naciskając na słabszych rywali, którzy w końcu ustępowali mu pola. W turniejach, w których nie ma wyraźnie słabszych graczy, Norwegowi szło zazwyczaj ciężej – dla przykładu w obu ostatnich Memoriałach Tala o diabelnie silnej obsadzie, Carlsen uzyskał jedynie 5,5 z 9. Wyniki bardzo dobre, bez porażek, ale na pewno nie były to takie rezultaty jak np. w ostatnich Wijk aan Zee. Takie „+2” może dać triumf w Londynie, ale na pewno nie musi.

Drugim „ale” może być poziom przygotowań. Norweg nigdy nie słynął z przygotowania debiutowego, można nawet powiedzieć, że do otwarć podchodził z dużą nonszalancją. Ogromna siła gry sprawiała i sprawia, że Carlsen nawet w niesprzyjających okolicznościach potrafi sprowadzić partię na dobrze znane sobie tory. Może się jednak okazać, że przynajmniej w jednej partii ktoś Norwega trafi jakąś nowinką, co przy każdej połówce na wagę złota może okazać się decydujące. Z drugiej strony ostatnio głośno było o współpracy Carlsena z Janem Niepomniaszczym oraz o podebraniu Anandowi Petera Heine Nielsena.

Trzecim „ale” są rywale. Jeśli miałbym wytypować zawodników, którzy nie wygrają na pewno, to osobiście postawiłbym na nieobliczalnego Iwańczuka oraz niezbyt odważnego Radżabowa, natomiast końcowy triumf każdego z pozostałych by mnie nie zaskoczył. Najwyżej, poza Carlsenem, oceniam szanse Kramnika i – niedocenianego – Griszczuka.

 

O tym kto wygra może zadecydować… początek turnieju. Większość ekspertów uważa, że do końcowego triumfu może wystarczyć +2 (czyli 8 z 14), a +4 (9/14) to już wynik prawie nieosiągalny. Skoro tak, to wygrana nawet w pierwszej rundzie może być ogromnym zadatkiem na przyszłość. Jeden głupi błąd może za to okazać się nie do odrobienia.

Formuła zawodów sprawia, że – choć wszyscy liczymy na sporo rozlanej na szachownicy krwi – zobaczymy dużo remisów. Często remisów wspartych ogromnymi analizami, których kulisy zrozumiałe będą dla głęboko zaznajomionych w teorii ekspertów. Przy świetnym przygotowaniu nie jest łatwo o świeże, niezbadane pozycje, a poza tym nie każdy takich pozycji chce. W końcu nikt nie będzie ryzykował bardziej niż to potrzebne, a na tym poziomie trudno kogoś pokonać bez odrobiny choćby komplikacji. Trochę żartując, można obawiać się, że na początek zawodnicy zrobią kilka remisów na rozgrzewkę, potem kilka, by odpocząć i zachować siły na finisz, a następnie będą remisować, by do końca nie stracić szans na sukces. To oczywiście czarny kibicowski scenariusz, ale może nie być daleki od rzeczywistości. Na całe szczęście, zwycięzca bierze wszystko, więc na dłuższą metę remisowanie nic nie da i kiedy ktoś się oderwie na pewno zrobi się ciekawiej. Bo kto jak kto, ale koryfeusze, którzy zjawią się w Londynie, czarować na szachownicy naprawdę potrafią.

 

Liczę więc na to, że już jutro… padnie choć jeden rezultatywny wynik. Wówczas szybko zrobi się ciekawie. Jednak nawet jeśli nie zabraknie remisów, to przez najbliższe dwa tygodnie zobaczymy także kilka albo – oby! – kilkanaście świetnych partii. I na to już czekamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *