Niesamowite

Po pasjonującym finiszu, prawo do gry z Anandem wywalczył Magnus Carlsen. Norweg podzielił pierwsze miejsce z Władimirem Kramnikiem, a o jego wygranej zadecydowała liczba zwycięstw. Cały turniej, a zwłaszcza jego końcówka, przejdzie do historii szachów.

Przez pierwsze 12 rund w Londynie działo się dużo, z rundy na rundę było ciekawiej, mniej obliczalnie. Wydawało się jednak, że przed ostatnimi dwoma rundami zobaczyliśmy już tak dużo, że o więcej prosić nie sposób. Jak się okazało, dopiero dwie ostatnie rundy pokazały piękno szachów w całej ich krasie.

Runda 13, rozgrywana dokładnie w Wielkanoc, była preludium do wydarzeń zamykających zmagania ośmiu kandydatów. Starcie to zmieniło sytuację w tabeli – Carlsen wypunktował Radżabowa, a Kramnik wypuścił Gelfanda (partie Griszczuk – Aronian, jak i Swidler – Iwanczuk – choć ciekawe – musiały pozostać na drugim planie). Co można powiedzieć o tych partiach? Były to partie typowe dla Magnusa i Władimira. Norweg grając czarnymi zdecydował się wybrać wariant, który w perspektywie daje najwięcej szans na remis, ale jednocześnie szanse na dręczenie rywala przez wiele posunięć. Radżabow, który nie tylko nie lubi takich pozycji, ale na dodatek był podczas turnieju zupełnie bez formy, w końcu pękł pod naciskiem przeciwnika. W przypadku partii Norwega to akurat nic nowego. Azer nie wyciągnął wniosków z wygranej Iwanczuka i nie próbował stosować technik blokujących zdolności hipnotyczne rywala z północy i skończył tak jak wielu przed nim i zapewne wielu po nim – przegrał równą (remisową?) pozycję.

Kramnik zaś zagrał tak jak lubi – zaskoczył przeciwnika w debiucie, dostał lepszą pozycję i spokojnie próbował przekuć ją na punkt. Powróciły jednak demony z pierwszego koła i przewagi wykorzystać się nie udało. Z perspektywy ostatniej partii, w której Kramnik zarzucił swoją konsekwentną grę na rzecz zagrania va-banque, zasadne wydaje się pytanie, czy nie warto było zrobić tego z Gelfandem. W końcu białym kolorem Kramnik ma bogaty arsenał pomysłów. Pozycja, którą uzyskał, była na pewno dobra, ale znowu (jak w starciu z Carlsenem) wymagała niebywałej precyzji, która i tak przy dobrej obronie rywala mogła nie wystarczyć. Oczywiście, to tylko gdybanie, ale może podjęcie większego ryzyka na tym etapie dałoby Rosjaninowi więcej?

Wobec remisu Kramnika, a przy swojej wygranej Norweg był w komfortowej sytuacji przed ostatnią rundą – do awansu wystarczyło mu uzyskać w 14 rundzie taki sam wynik, jaki uzyska Kramnik. Do tego Carlsen miał białe w starciu ze Swidlerem, a Kramnik czarne w partii z Iwanczukiem, który jak wiemy jest zawsze niewygodnym rywalem dla każdego. Owszem, można sobie wyobrazić lepszą sytuację przed ostatnią rundą, ale chyba trudno było Carlsenowi narzekać na miejsce, w którym był.

Turniejowa sytuacja i waga ostatniej partii sparaliżowała zarówno Carlsena, jak i Kramnika. Sparaliżowała absolutnie, choć na pewno przejawiało się to nieco inaczej. Sprowadzanie wszystkiego do napięcia nerwowego na pewno jest uproszczeniem, bo swoją rolę grały także inne czynniki, jak choćby zmęczenie, czy też zupełnie nieoczekiwanie gra rywali, ale bezspornie dwaj najlepsi gracze turnieju ostatnią rundę zagrali słabo.

Kramnik, moim zdaniem, przegrał partię już w… pierwszym posunięciu. I to zarówno na szachownicy, jak i mentalnie. Rosjanin nie od dziś znany jest z fenomenalnego zrozumienia strategicznych aspektów pozycji, woli spokojne pozycje z określoną strukturą niż pozycje, w których jest milion różnych opcji. Iwanczuk zaś jest geniuszem, który może zrobić absolutnie wszystko. Tyle, że jego „wszystko” lepiej sprawdza się wówczas, gdy daje mu się pole do popisu. A w obronie Pirca/Ufimcewa pole do popisu jest niemałe. Przebieg partii był dla Kramnika bardzo, ale to bardzo przykry. Planowana gra na wygraną okazała się być niczym więcej, jak tylko dramatyczną walką o połówkę, a i tej walki, po prawdzie, nie było – na szachownicy nastąpiła absolutna deklasacja. Owszem, Ukrainiec zagrał świetną partię, nie pozwalając rywalowi na rozwinięcie skrzydeł, ale to tak czy siak nie rozgrzesza wyboru debiutowego Rosjanina. Zabawne, choć na pewno nie dla Kramnika jest to, że wcześniej nie decydował się on na „grę o wszystko” – na przykład w partiach z Carlsenem, Aronianem (to Ormianin się rzucił) czy Gelfandem, a zrobił to dopiero w najmniej odpowiednim momencie i w najgorszy możliwy sposób. To znowu jedynie kwestia dywagacji, ale jestem niemalże na sto procent przekonany, że zagranie czy to obrony berlińskiej czy to partii rosyjskiej dałoby dużo więcej  AKTUALIZACJA: Nie zwróciłem uwagi na kolejność ruchów, Ukrainiec zaczął od 1.d4, co eliminuje powyższe opcje. Nie zmienia to faktu, że wybór Kramnika był niezbyt trafiony, choć trudno mi po d4 zaproponować coś sensownego, jeśli Kramnika zrezygnował z Nimzowitscha – tak czy owak Iwanczuk mógłby zrobić wszystko, a w pozycjach o spokojnym charakterze oznacza to często samobójstwo. Trudniej było też grać samemu Kramnikowi – jeśli ktoś przez 13 rund gra do bólu obiektywnie i tak jak nakazuje ocena pozycji, to w jednej chwili nie przestawi się na grę na pograniczu poprawności, z koniecznym wykorzystaniem blefu. Nawet dla najlepszych, to często zupełnie inny świat, co potwierdziła partia. Dodatkowym problemem obrony Pirca było to, że Ukrainiec – choć bardzo się starał – nie mógł przegrać na czas. Gra białych była tak naturalna jak uśmiech dziecka i aż przyjemnie się patrzyło na stopniowy progres białej armii.

Carlsen na bieżąco śledził wydarzenia w partii Rosjanina i na pewno wybranie obrony Pirca na niego wpłynęło. Może też taki był w jakimś sensie zamysł Kramnika? Wysłanie jasnego sygnału o swoich intencjach?  Jak bardzo zmieniło to grę Norwega trudno jednak powiedzieć. Do pewnego momentu Carlsen grał po swojemu, stawiając na szachownicy dość miękką hiszpankę i lawirując figurami. Potem kierunek gry stopniowo zaczął iść w kierunku wymarzonym przez Wikinga, który krok po kroku rozwijał inicjatywę na skrzydle królewskim. Mimo to nikt, kto zna Carlsena nie mógł być spokojny – nieoczekiwanie geniusz z północy na swoje ruchy zużywał ogromnie dużo czasu. Zawodnik, który zazwyczaj gra błyskawicznie, wpadł w koszmarny niedoczas, którego zazdrościć mogliby mu zarówno Griszczuk, jak i Iwanczuk. Jego brak czasu był na tyle dramatyczny, że w pewnym momencie głównym pytaniem stało się nie to jaką pozycję ma Carlsen, a to czy zdąży przekroczyć 40 ruch. To oczywiście mogło skończyć się tylko w jeden sposób – bez względu na to jak zmieniał się czas na elektronicznym wyświetlaczu, pozycja numeru 1 listy rankingowej stawała się z ruchu na ruch coraz gorsza. Swidler wyglądał na bardzo zmotywowanego i skoncentrowanego i spokojnie wykorzystał swoją przewagę czasową, cierpliwie robiąc użytek z niedokładności rywala. Nie ujmując niczemu Swidlerowi (który, poza wszystkim, zagrał świetne zawody i finiszując tylko pół punktu za zwycięzcami!), tę partię przegrał jednak Carlsen we własnej głowie. Takiego Norwega nie widzieliśmy chyba nigdy – spiętego, niepewnego, momentami bezbronnego. Heros zamienił się w zabłąkaną owieczkę. Oto co presja jest w stanie zrobić z największymi nawet szachistami…

Po kontroli wszystko stało się jasne – Carlsen nie miał najmniejszych szans na ratunek, a Kramnik miał ich tyle o nieznaczne promile więcej. Choć byłoby to z pewnością jeszcze bardziej efektowne, to niespodzianek na „końcu końców” już nie było i liderzy przegrali. Dzięki temu staliśmy się świadkami nie tylko najbardziej dramatycznego, ale jednocześnie najbardziej zaskakującego końca rozgrywek w historii szachów na najwyższym poziomie. W końcu to nie jeden, a dwóch (zdecydowanych!) liderów zostało w ostatnim starciu pokonanych.

 

Na analizę turnieju przyjdzie jeszcze czas. Swoją drogą chciałbym zapytać Czytelników o typy w kategoriach – „Odkrycie” turnieju, „Rozczarowanie” turnieju, „Partia” turnieju, „Nowinka” turnieju, „Niespodzianka” turnieju. Może zrobimy z tego konkurs, w czasopiśmie „Mat”. 

Na zamknięcie chciałem poruszyć jeszcze sprawę przepisów, które zdecydowanie miały niemały wpływ na przebieg zawodów. Po pierwsze mowa o kontroli czasu. W dobie rozgrywania niemalże wszystkich turniejów z dodawanymi sekundami od pierwszego ruchu, wprowadzenie tempa gry z bonusem dopiero po ruchu numer 60 jest zbrodnią w biały dzień. Nie trzeba wspominać ile kosztowało to Iwanczuka, ale nie tylko jego. Griszczuk (w partii z Kramnikiem na przykład), Radżabow (parę razy) czy na końcu nawet Carlsen musieli przestawiać się na zupełnie nowe zasady, w których nie można robić tak popularnych ruchów na 1-2 sekundach i potem znowu mieć półminutowy dodatek. Zbyt dużym słowem byłoby stwierdzenie, że to wypaczyło zawody, ale bez wątpienia odcisnęło wyraźne piętno na przebiegu turnieju. Kibice na tym nie stracili, bo było daleko ciekawiej i szokująco wysoki (blisko 50%!!!) procent rezultatywnych partii jest tego pokłosiem, ale być może wyniki było nieco nieobiektywne.

Drugą, patrząc na końcową tabelą istotniejszą, kontrowersją było kryterium pomocnicze wyłaniające zwycięzcę. O ile wynik bezpośredni (dwa remisy) między zainteresowanymi był absolutnie ok, to druga punktacja wydaje się być nietrafiona. Owszem, ostatnio idzie się w kierunku promowania gry o całą pulę, ale mimo wszystko wyłonienie pretendenta na podstawie tego, że wygrał więcej partii (lub jak wolą sceptycy – przegrał więcej partii) pozostawia niesmak. Jasne, to bardzo podobne do punktacji 3-1-0, ale w szachach remis jest po prostu zbyt naturalnym wynikiem. Kramnik, który przez 13 rund grał naprawdę bardzo dobrze, ani razu nie będąc praktycznie w tarapatach był w gorszej sytuacji niż Carlsen, który raz przegrał. O ile rozumiem, że są tacy, którzy wyżej oceniając zarówno tych bardziej bojowych, jak i tych, którzy grają solidniej, to wydaje mi się, że to nie wystarcza by takie kryterium dawało komuś przepustkę na mecz o mistrzostwo świata. Czy dogrywka nie byłaby sprawiedliwsza? A jeśli nie dogrywka – czy nie zwykły Berger (który – jeśli się nie mylę) promowałby Kramnika?

To są pytanie na przyszłość do działaczy FIDE, którzy zazwyczaj spisują się bardzo dobrze, jeśli chodzi o złe decyzje. Zapewne zatem wiele się nie zmieni. Z drugiej strony może to i dobrze, bo jeśli następny turniej kandydatów ma być tak pasjonujący, to jestem w stanie przymknąć oko nawet na takie niedogodności. I chyba większość osób przytaknie.

5 komentarzy

  • Mariush
    3 kwietnia 2013 - 00:56 | Permalink

    Rozczarowanie turnieju – Ivanchuk – grzebanie w nosie

  • grogon
    3 kwietnia 2013 - 11:28 | Permalink

    Wszystko prawda, ale z tą obroną berlińską, czy partią rosyjską to się Pan trochę zapędził…

  • grogon
    3 kwietnia 2013 - 12:44 | Permalink

    Ależ to byłaby wisienka na torcie – Już jutro zaczyna się czteropartiowy mecz (czw, pt, sob, nd; to samo tempo) między współzwycięzcami (lepsza punktacja pomocnicza daje remis for). Koszty niewielkie, promocja cudowna.

  • Leszek
    3 kwietnia 2013 - 14:57 | Permalink

    We wcześniejszym poście, napisalem że mogą przegrać obydwaj gracze z tym że przegrali tylko ostatnią partie (zamiast dwuch) szkoda Kramnika, myślę że należałoby zorganizować mini mecz między zwycięzcami, w końcu to nie zwykły turniej tylko wytypowanie kandydata, który się zmierzy z mistrzem świata o szachową koronę, zapewne tak już zostanie i pytanie brzmi, czy Kramnik będzie miał ochotę i siłę grać przez nastepny rok czy 2 lat, żeby znów stanąć w szranki o walkę pierwszeństwa. Co do rozczarowania turniejowego, to pewnie sam Aronian, poczuł duży zawód.

  • 8 maja 2013 - 09:19 | Permalink

    To jest właśnie magia szachów, której niestety tak wielu nie rozumie. Szkoda, że nie miałem możliwości oglądać tego meczu, czasem taka końcówka może przebić wiele z pozoru nudnych rund 🙂

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *