Raz, dwa, trzy – Vishy Anand drży!

Kolejne trzy partie turnieju pretendentów w Londynie mocno wyklarowały szanse poszczególnych zawodników. Po sześciu rundach realne szanse na końcowy triumf ma tylko dwóch zawodników. Są to Magnus Carlsen i Lewon Aronian, którzy zanotowali dotąd po trzy wygrane i trzy remisy.

 

To co dzieje się w Londynie zaskakuje. Nie ze względu na osoby liderów – bo według bukmacherów to właśnie Carlsen i Aronian mieli największe szanse na końcowy triumf, ale z uwagi na ich przewagę nad resztą stawki. Norweg i Ormianin wygrali po trzy partie, a pozostała szóstka zawodników skolekcjonowała zaledwie… dwie wygrane! W tabeli odzwierciedla się to przewagą wysokości półtora punktu ( co ciekawe, tylko liderzy są „na plusie” !). Taka sytuacja najbardziej martwi… Vishego Ananda. O ile pierwsze trzy rundy wyeliminowały z gry o awans Gelfanda i Iwańczuka, o tyle nikt nie spodziewał się, że następne trzy starcia w praktyce wyeliminują kolejnych czterech zawodników. Na tym etapie turnieju nie wydaje się realne, by ktoś mógł z dnia na dzień przełączyć się na poziom reprezentowany przez Carlsena i Aroniana. Jeśli zatem nie stanie się nic nieoczekiwanego, to przeciwnikiem mistrza świata będzie właśnie ktoś z tej dwójki. To Hindusowi nie może się podobać. Carlsen to… Carlsen i wiele dodawać nie trzeba, natomiast Aronian (mimo wpadki w Wijk aan Zee) z Anandem radził sobie dotychczas znakomicie. Można zrozumieć, że w roli przeciwnika mistrz świata chętnie widziałby nawet Kramnika (którego przecież już raz pokonał) czy kogoś z niżej notowanych rywali, niż akurat tą dwójkę. No cóż, jeszcze przed półmetkiem obrońca tytułu może powoli rozmyślać, co zrobić, by nie musieć oddawać tronu.

Tak jak przed startem mieliśmy wiele pytań, tak teraz mamy jedno już tylko zapytanie: Carlsen czy Aronian? Trener kadry narodowej Michał Krasenkow, komentując jeden z wpisów na portalu ChessBrains.pl, stwierdził, że jest już pozamiatane. Według niego Ormianin nie wytrzyma tempa wonderboya ze Skandynawii, a Carlsena stać na kosmiczny wynik w okolicach +6 i więcej (interesujące, że przed turniejem większość ekspertów oceniała, że końcowy triumf, może dać nawet +2, a jeszcze przed połową zmagań dwóch zawodników ma +3!). Łatwość z jaką Norweg zdobywa punkty sprawia, że można zgodzić się z tą tezą. Niektórzy twierdzą nawet, że Norweg ma hipnotyczną siłę i przeciwko niemu szachiści grają gorzej niż zazwyczaj. Pojedynki z Griszczukiem oraz Swidlerem, czyli wygrane Norwega z rund 4 i 6 zdają się to potwierdzać. Griszczuk w debiucie zagrał pozycyjnie podejrzane 10…d5 (już Nimzowitsch w „Moim systemie” pisał, że słabość masy pionowej ze zdublowanymi pionami uwidacznia się, gdy nimi ruszamy), a następnie popełnił samobójstwo ruchem 17…f5, czym zamknął sobie gońca z c8 i unicestwił szanse na kontrę na skrzydle królewskim. Mało imponująca gra Griszczuka nie ujmuje jednak niczego grze Carlsena – mało kto zdecydowałby się na szereg kapitalnych posunięć typu 13. c4!, 17.a4! czy 18.c5!. Przynajmniej na mnie zrobiły one wielkie wrażenie. O partii ze Swidlerem nie można za wiele powiedzieć – Rosjanin zagrał koszmarnie i przegrał białymi zupełnie bez gry. A przecież wcześniej grał bardzo dobrze. Jeśli taka tendencja ma się utrzymać, to faktycznie zadanie Aroniana lekkie nie będzie.

Ormianin drugie koło miał nieco słabsze od pierwszego, ale narzekać nie może – zdołał w szóstej rundzie wypunktować Radżabowa, a wcześniej cudem uciekł Kramnikowi (w tej samej rundzie, czyli nr. 5, trudne chwile z Iwańczukiem przeżywał też Carlsen i trochę szkoda, że liderzy nie doznali wówczas porażek…). Niektórzy mogą powiedzieć, że wygrana z Radżabowem (na marginesie mówiąc Armenia pewnie dzisiaj świętuje, skoro ich narodowy bohater pokonał najlepszego gracza Azerbejdżanu) była szczęśliwa – zakończyła się w końcu zwykłą podstawką. Taka ocena jest jednak niesprawiedliwa, bo Aronian mając przyjemniejszą pozycję cały czas sprawiał rywalowi problemy i ten w końcu się pomylił. To samo często obserwujemy w grze… Magnusa Carlsena.

Partia między liderami już w niedzielę, czyli w starciu numer 8. Białe będzie miał młody Norweg. Jeśli miałbym wytypować wynik, to postawiłbym na remis. Rozstrzygnięcie losów turnieju pozostanie w rękach… pozostałych zawodników!

 

Największym rozczarowaniem jak do tej pory jest gra Władimira Kramnika. Będący ostatnio w dobrej formie Rosjanin zanotował sześć remisów. Kramnik nie gra źle, ale w jego grze brakuje błysku, albo zwykłego szczęścia. W rundach 4-6 każdego dnia miał swoje szanse, ale żadnej nie wykorzystał. Najpierw miał mikroskopijnie przyjemniejszą pozycję z Radżabowem, następnie dużą przewagę z Aronianem (który bronił się niesamowicie), a na koniec rozegrał świetną i emocjonującą partię z Iwańczukiem. Remis padał jednak bez względu na przebieg wydarzeń. Ostatnią szansą Kramnika na włączenie się do walki o pierwsze miejsce są najbliższe trzy partie, w których dwa razy zagra białymi – z Carlsenem oraz Swidlerem (i czarnymi z Gelfandem). Gdyby rosyjski arcymistrz zdołał pokonać Carlsena, to losy turnieju mogłyby się odwrócić. To jednak mało prawdopodobne.

W drugiej „trójce” zmagań zawiedli Swidler, Radżabow oraz Griszczuk. Szkoda zwłaszcza Swidlera, który po gładkim zneutralizowaniu Aroniana był bliski wskoczenia na „+2” w partii przeciwko Gelfandowi. Po zastosowaniu ciekawej nowinki 7.f4!? przeciwko obronie Grunfelda, sześciokrotny mistrz Rosji szybko dostał ogromną przewagę. W okolicach 15 posunięcia wydawało się, że jego izraelski rywal będzie musiał niebawem się poddać – otwarta linia ‚h’, silne centrum i para gońców miały rozstrzygnąć o losach partii nie tylko na pewno, ale też szybko. Stało się jednak zupełnie inaczej – Swidler zbytnio chyba zrelaksowany i zaskoczony swoją świetną pozycją zaczął grać niedokładnie, nonszalancko i nie tylko partii nie wygrał, ale stanął po prostu gorzej. Na kilka ruchów przed podpisaniem remisu to Gelfand był bliżej wygranej. Wydarzenia tej partii na pewno miały wpływ na poczynania zawodnika z Sankt Petersburga w partii szóstej, którą przegrał z Carlsenem. Wydaje się, że te dwa traumatyczne zdarzenia przekreśliły szanse na triumf zawodnika, w którym niektórzy widzieli czarnego konia.

Zupełnie rozjechał się za to Griszczuk. Przykra przegrana z Carlsenem mocno odbiła się na jego grze – z Radżabowem grał bezbarwnie, a z Gelfandem w dość prosty sposób podstawił piona (bo raczej trudno uwierzyć, że była to ofiara). Rosjanin, wraz z reprezentantem Azerbejdżanu mają na koncie minus 1 i tak samo jak ostatni w tabeli Gelfand i Iwańczuk grają już bardziej o honor i ranking.

Natomiast czerwone latarnie turnieju, czyli weteran Wasia i weteran Borys, w drugiej odsłonie turnieju zdecydowanie poprawili jakość swojej gry. Nie udało im się co prawda wygrać żadnej partii, ale byli już bliziutko. Zresztą, trzy remisy, po tak nieudanym starcie, to wynik ok. Obaj zagrali wyjątkowo ciekawe partie i dostarczające najwięcej emocji. Cóż jednak z tego, skoro ich dorobek punktowy jest tak skromny.

 

W sobotę końcówka pierwszego koła. Carlsen i Aronian mają szanse na powiększenie swojego dorobku – biały kolor przeciwko Radżabowowi (MC) oraz Griszczukowi (LA) i kiepska gra rywali w 6 rundzie, sprawiają, że triumf obu liderów jest realny. Jako kibic wolałbym jednak, gdyby któryś z tych wielkich szachistów się w końcu potknął, najlepiej obaj. Jakże ciekawiej oglądałoby się wyścig, w którym wygrać może kilku graczy. Z drugiej strony, nie można też narzekać – może przecież jeszcze być tak, że Carlsen wygra zawody na 2 rundy przed końcem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *