Wielkie szachy

W ostatnim czasie kibice na świecie emocjonują się meczami pretendentów, a w Polsce dodatkowo mamy turniej w Lublinie. Chociaż i tu, i tu gra wielu świetnych zawodników (a raczej – grają sami świetni arcymistrzowie), odbiór obu turniejów (nie chodzi o rangę, ale raczej o obraz gry) jest zupełnie inny. Dlaczego?

 

Mecze pretendentów właśnie wkroczyły w fazę finałową. O prawo gry w Vishym Anandem zmierzą się, zupełnie nieoczekiwanie, Aleksander Griszczuk oraz Borys Gelfand. Obaj swoje pojedynki rozstrzygnęli w dogrywkach i to dopiero na etapie partii błyskawicznych. Formuła, a przede wszystkim przebieg meczów zmuszają do zastanowienia.

Już dawno przez rozpoczęciem batalii o prawo do gry z Anandem wiadomo było, że starcia pretendentów będą nieco loteryjne. Cztery partie (w finale sześć) to bardzo mało. Jeden błąd – i po Tobie. Nie może zatem dziwić to, że zawodnicy przede wszystkim starają się nie przegrać. Nie pojechali tam oni dla kibiców, nie jest ich celem zadowalanie publiczności, ale mają oczy utkwione tylko w przeciwniku – chcą go pokonać. Jakim sposobem – sprawa jest zupełnie drugorzędna. Przy czterech partiach całkiem naturalne jest to, że zawodnicy grają bezpiecznie. Szachiści mają już coś takiego, że wolą grać dogrywki niż ryzykować w szachach klasycznych.

Efektem tego było wiele zupełnie bezbarwnych remisów, zwłaszcza w długich partiach (tzn. często, niestety, krótkich). Z drugiej strony niektóre z tych szybkich remisów były, nieco niesłusznie, krytykowane. Często jest tak, że partia może – dla wtajemniczonych – być dużym osiągnięciem teoretycznym, nawet jak trwa kilkanaście posunięć. Do takich należała zwłaszcza pierwsza partia meczu Griszczuka z Kramnikiem, w której Griszczuk w 8 posunięciu zagrał praktycznie nowy ruch, ale nie zdołał nim zupełnie zaskoczyć Kramnika – jego rywal aż do samego końca partii (16 posunięć) był świetnie przygotowany. Zwłaszcza 15…Kh8 robi wrażenie! Oczywiście, można powiedzieć – skandal, olali kibiców. Jest w tym trochę prawdy. Z drugiej jednak strony w pełni rozumiem obu zawodników – Griszczuk nie uzyskał zupełnie nic, Kramnik zaś wiedział, że walczy tylko o remis. Stąd pokojowe zakończenie już po 16 ruchach. Trzeba jednak wiedzieć – i tutaj przy takich partiach przydaje się fachowy, głęboki komentarz (cenię komentarze, w których autor potrafi wytłumaczyć mechanizmy zachodzące w debiucie – albo przynajmniej stara się to zrobić -np. podobają mi się komentarze na serwisie chesspro.ru lub komentarze Siergieja Szypowa) – że Kramnik i jego współpracownicy spędzili godziny przy analizach by ten remis uzyskać. Przy desce zostały pokazane tylko owoce tej pracy. Tego nie można nie docenić. Wielka robota debiutowa zrobiła takie wrażenie na Griszczuku, że ten w rapidach zupełnie nie podjął walki białym kolorem – w czwartej partii dogrywki zaproponował remis po 8 ruchach(!), wszystko stawiając na szalę blitza. Jak przyznał Aleksander na konferencji prasowej – nie miał pomysłów jak pokonać Kramnika białymi i skupił się na obronie czarnymi – element strategii, którą także należy uszanować. Rosjanin przyznał, że gdyby mecz przegrał mówiono by o nim, że „nie jest mężczyzną” (czyli po naszemu, że nie ma jaj – myślę, że o to chodziło). Jednak wygrał – i należy mu tego pogratulować.

Triumf Griszczuka pokazuje także jak wielką rolę w szachach odgrywa umiejętność obrony. Poza wielkim uporem Griszczuk nie pokazał nic specjalnego. Wystarczyło to jednak, by zębami wyrwać wygraną najpierw Aronianowi, potem Kramnikowi – dwóm największym faworytom.

Przeciętny kibic (do których i ja się zaliczam) chce jednak krwi, rozstrzygnięć – bardziej go to ciekawi niż twarda walka o remis. Musi być ciekawie. Tylko cztery partie klasyczne (w półfinałach padły same remisy!), po których następują dogrywki w szachach szybkich i błyskawicznych, są jakimś kompromisem – rapidy i blitze dają wielki zastrzyk emocji. Niby wilk syty i owca cała – po „nudnych”, ale stojących na dobrym poziomie partiach, następuje dzień podstawek, przeoczeń, wpadek.

Gawiedź przed komputerami się cieszy, bo z Rybką pod ręką, co kilka minut (sekund!) widzi jak tuzy szachownicy się mylą. Można powiedzieć, że szachy zyskują – na pewno więcej ludzi ogląda takie przedstawienie. Te osoby jednak, które tęsknią za „dawnych szachów czarem” nie są zadowolone. Woleliby oglądać znakomite manewry, cudowne kombinacje, partie głębokie i nieszablonowe. Ciekawy jestem jak wyglądałyby mecze, gdyby partii nie było 4, a powiedzmy 10 (oczywiście, to tylko dywagacje, a nie sugestia – takie mamy czasy, że nikt tak długich meczów grac by nie chciał).

Innym aspektem, który z pewnością ma wpływ na przebieg meczów – czyli i na długość partii, i na bojowość zawodników – jest zmęczenie. Nie bardzo rozumiem sens rozgrywania meczów tuż po sobie. Mam pewne doświadczenie w rozgrywaniu stresujących meczów (choć niestety nieduże). Mój mecz w Pucharze Świata 2009 z Borysem Graczewem (tak nudny jak pojedynek Griszczuk – Kramnik) kosztował mnie ogromnie dużo energii. Tak wiele, że z Yu Yangyim w ogóle nie dałem rady grać. Być może i tak przegrałbym z Chińczykiem – wtedy jeszcze nie znanym, a dziś już mającym 2650+. Chciałem jednak zwrócić uwagę na to, że 25 letni chłopak – jakim wtedy byłem – po trzech dniach gry był zupełnie wycieńczony. A była to dopiero pierwsza runda pucharu! (tutaj trzeba dodać: nie należę może do fizycznych herosów, ale też nie mam najgorszej kondycji). Wyobrażam sobie zatem jak muszą się czuć zawodnicy w Kazaniu – wyczerpanie musi być niewyobrażalne. Nawet grając partie po kilkanaście ruchów tracą mnóstwo energii – samo przygotowanie to najmarniej 2-3 godziny. Jeden dzień dogrywek to minimum kilka lat życia. Straszne napięcie, cena każdego ruchu nie do opisania. Nie jestem pewien czy nawet dwa dni odpoczynku dają pełną regenerację. Odbija się to na poziomie partii – nawet w klasykach w półfinałach pojawiały się spore przeoczenia. Dzisiejszy rapid Kamsky – Gelfand to już w ogóle wymiana uprzejmości. Stres, zmęczenie – jedyne wytłumaczenia…!

Podsumowując: Rozgrywki pretendenckie dostarczają nam zupełnie skrajnych emocji. Od krótkich, teoretycznych partii, do napiętych rapidów i blitzów. Co wolimy oglądać? Co jest lepsze dla szachów? Czy taka forma wyłaniania mistrza świata (jego przeciwnika) jest dobra?

 

Zupełnie inaczej sprawa ma się z kołówkami silnych (ale nie topowych) arcymistrzów. Taką jest kołówka w Lublinie. Najsilniejszy pod względem rankingu średniego turniej w naszym kraju (Polanica 2000 była jednak obiektywnie znacznie lepsza – 11 lat „inflacji” sporo zmieniło) robi wrażenie. Cieszy fakt, że co roku turniej rośnie w siłę. Mam nadzieję, że nie skończy się na trzech edycjach!

Póki co w turnieju Polakom nie idzie – i Radek, i Bartosz grają poniżej swoich możliwości. Przed nimi jeszcze 5 rund – bo turniej krótki – więc Panowie – do dzieła! Jednak nie o tym chciałem pisać. Turniej, w którym, jak zaznaczają organizatorzy, grają sami zawodnicy z czołowej 100, jest super interesujący. Dużo bardziej – na pierwszy rzut oka – niż mecze pretendentów! Zawodnikom nie opłaca się grać na remis – walczą o zwycięstwo, o ranking. Dlatego gra jest bojowa, często ryzykowna. Póki co w ośmiu partiach padły tylko dwa remisy (a i one paść nie musiały). Czy to oznacza, że szachiści nieco niższego poziomu niż największe gwiazdy 64 pól potrafią zapewnić ciekawsze widowisko?

Całkiem możliwe – są gorzej przygotowani, częściej się mylą, rzadziej kalkulują. Od lat wiadomo, że Wijk aan Zee, w którym zawsze gra kilku słabszych zawodników jest ciekawsze niż Linares, w którym nie brakowało remisów najlepszych na świecie. Nie od dziś wiemy, że młody skład turnieju – a taki mamy w Lublinie – daje większe szanse na ciekawą grę niż nieco starsi zawodnicy.

Co to oznacza dla szachów? Czy systematyczne dochodzenie do perfekcyjnego przygotowania nie zabija dyscypliny? W jednym z ostatnich numerów Mata Adrian Michalczyszyn zauważył, że rozgrywki Grand Prix kobiet są ciekawsze dla kibiców niż pojedynki najlepszych szachistów. Nie do końca zgadzam się z tą tezą, ale… u kobiet zawsze się coś dzieje, partie warto oglądać do końca, nawet te, w których zakończenie jest „oczywiste”. To prawie jak film akcji! W tym miejscu jednak znowu łapiemy się na tym, że bardziej nas cieszą przeoczenia. Szachy to gra błędów, owszem, ale czy tylko te błędy chcemy oglądać?

Obserwacja tych turniejów – jak sądzę – zmusza do refleksji. Jak powinny wyglądać szachy na najwyższym poziomie, aby partie były jednocześnie ciekawe dla kibiców, ale i stojące na wysokim poziomie. Czy powinniśmy „zmuszać” czołówkę do walki w każdej partii, a jeśli tak – w jaki sposób. Podobnych pytań możemy postawić bez liku. A jak z odpowiedziami? Zachęcam do dyskusji.

12 komentarzy

  • mickey
    17 maja 2011 - 11:56 | Permalink

    Podobne odczucia oraz rozważania nad tym, co robić. Wniosek: najmniejszym złem są chyba nieco dłuższe mecze (6-10 partii):
    http://mickey63.livejournal.com/9864.html (co prawda, po rosyjsku :-)).

  • chessfan
    17 maja 2011 - 15:47 | Permalink

    1.Nie wiem co prawda z ilu partii składać ma się mecz Ananda z pretendentem, ale jeżeli jest to co najmniej 10, to na takim systemie straci przede wszystkim tamten mecz!

    Przecież takie losowe (oczywiście wyolbrzymiam) wyłanianie kandydatów daje dużo większą szansę na to, że wyłoniony kandydat nie będzie tym najlepszym
    (może być nawet tym najsłabszym).

    2.Ciekawy jestem, na czym oparł GM Michalczyszyn swoją tezę? Statystyki oglądalności, rozmowy…? Rzeczywiście wypadałoby wiedzieć, czego chcą kibice jeśli mielibyśmy „ulepszać” dyscyplinę. W piłce 3-1-0, w koszu od groma zasad w stylu musisz coś w ciągu 5 sek. bo inaczej stracisz piłkę, to czemu w szachach ma tak nie być?

    3.Mówienie o tym, że szachiści zabijają szachy (czy to w kontekście szybkiego remisu czy też „zbyt doskonałego” przygotowania) jest moim zdaniem niepoważne. To są sportowcy – mają wygrywać (od widowiska jest cyrk). To nie znaczy, że partie nie mogą być ciekawe, ale nie można zrzucać odpowiedzialności za to na zawodników, tylko przygotować im taką planszę i takie zabawki, żeby grali w sposób interesujący (miejmy nadzieję, że nie oznacza to, że muszą robić błędy…).

    4.Być może są inne sposoby na uatrakcyjnienie transmisji, niż wpływanie na to jak grają zawodnicy? Pamiętam jak w M-tel Masters prowadzony był konkurs na zgadywanie ruchów Topałowa, dla mnie to była dobra zabawa (nawet bez nagród)

    W moim odczuciu na dłuższą metę jedyny sposób, w jaki szachy mogą przyciągać kibiców, to sprawić, by zaangażowali się w partię, żeby sami próbowali kombinować. Wynika to z prostego faktu, że „akcja” sama w sobie następuje za wolno (z oczywistych powodów granie bulletów nie rozwiązuje tego problemu).

  • Paweł
    17 maja 2011 - 23:59 | Permalink

    Cóż, być może jednak Carlsen wiedział co robi, rezygnując z udziału w takiej loterii (jak to często w życiu bywa inni korzystają z tej manny, która spadła z nieba – vide przyszły pretendent (?) Griszczuk?). Niewątpliwie to, o co się gra, ma wpływ na jakość, a przede wszystkim rezultatywność partii. Dlatego mecze pretendentów, czy mecze o mistrzostwo świata warto śledzić na stronach z komentarzem „na żywo”, wówczas, jak to p. Mateusz napisał, łatwiej dostrzec maestrię zawodników i trudniej „złościć” się na nich za mało widowiskową grę.
    Na pewno byłoby lepiej, gdyby mecze o szachowe tytuły były dłuższe. Ale czy na pewno partie będą wówczas ciekawsze? Proszę przypomnieć sobie pierwszy, bezlimitowy mecz Karpowa z Kasparowem. Pojedynkiem żył prawie cały świat (nie tylko szachowy), a rezultatywnych partii było względnie niewiele!

  • 18 maja 2011 - 00:06 | Permalink

    Partie Topałowa czy Morozewicza prawie zawsze są ciekawe. Partie Kramnika czy Leko prawie nigdy. Kwestia wyboru – albo podejmujesz ryzyko porażki, albo nie. Nikt Kramnika nie zmusza do grania rosyjskiej ilekroć zobaczy e4, Gelfand też ją zna a jakoś umiał wybierać inne debiuty. Mam jako kibic wielką satysfakcję po odpadnięciu Kramnika, choć raz ten koniunkturalizm obrócił się przeciw niemu (a mecz o MŚ powinien być interesujący).

    Nie wiem, czy lepszą formą eliminacji nie byłaby jakaś kołówka, w obu kołowych turniejach o MŚ trochę się działo a forma kołówki nie sprzyja drawmasterom.

  • 18 maja 2011 - 12:41 | Permalink

    Pamiętam, że kiedyś miałem pomysł na uczynienie rywalizacji o MŚ ciekawszą. Nie pamiętam detali, ale sprowadzał się on do prostej w gruncie rzeczy obserwacji – jeśli graczom się zacznie opłacać wygrywanie, a przestanie opłacać remisowanie, to będą grali ciekawiej, a niekoniecznie obiektywnie gorzej (po prostu zaczną popełniać błędy w innych miejscach). Diabeł, oczywiście, tkwił jak zawsze w szczegółach (najpoważniejszy „szczegół”: mam kategorię I+ i absolutnie nie czuję specyfiki pojedynków na takim poziomie, bo nie mam jej jak poczuć).

    Pierwsza rzecz, to oczywiście, JAK zapewnić, aby remisy się nie opłacały w meczach, które są przecież grą o sumie zerowej. Rozwiązaniem mogłyby być mecz-turnieje (dwukołówki pięcioosobowe, wychodzą dwa pierwsze miejsca z każdej grupy plus tyle najlepszych trzecich miejsc, żeby w kolejnej turze znów zrobić dwukołówki pięcioosobowe), ale to pozostawia pole do niezbyt zdrowych kalkulacji. Myślę, że nie do końca tędy droga.

    Mam dość radykalny pomysł i nie wiem, czy się on spodoba, na formułę meczu:
    1. Gracze zmieniają kolory nie co partię, ale wyłącznie po nieparzystych partiach (czyli zmieniają po pierwszej, ale potem grają dwie z rzędu tymi samymi kolorami, potem znowu dwie z rzędu odwrotnie, etc.).
    2. Zwycięzcą meczu jest zawodnik, który jako pierwszy bezpośrednio po wygranej przez siebie partii spełnia jednocześnie dwa warunki:
    2a. Prowadzi w meczu.
    2b. Ma na koncie przynajmniej trzy wygrane partie w meczu łącznie lub przynajmniej dwie wygrane partie w meczu czarnymi.
    Wszystkie partie rozgrywane są klasycznym tempem, nie ma limitu na liczbę partii. Zabezpieczeniem przed powtórzeniem scenariusza z meczu Kasparow-Karpow jest potencjalne zmęczenie graczy oraz formuła uzależniająca wysokość nagrody od liczby remisów (w taki sposób, aby przy zbyt dużej liczbie remisów gracz mógł zostać zobowiązany do dopłacenia!). Na przykład: każdy remis w półfinale oznacza nagrodę pomniejszoną o 10% stawki, jaka przysługuje zwycięzcy półfinału, który odpadnie w finale. Jeśli za odpadnięcie w półfinale dostaje się połowę tego, to każdy gracz gra ze świadomością, że 4 remisy to maks., aby wyjść na plus przy porażce w meczu, a od 6 remisów w górę będzie musiał płacić, jeśli mecz przegra.

    Jest natomiast inne pytanie, które warto sobie przy tej okazji zadać: czy szachy jako dyscyplina sportu potrzebują do czegokolwiek mistrza świata? Tenis np. go nie potrzebuje, a ma się świetnie – są sponsorzy, zawodnicy, turnieje, rankingi, statystyk tyle, ilu chętnych, by je tworzyć. Paradoks polega na tym, że tenis nie ma mistrza świata, a świat tenisowy często nie ma wątpliwości, kto jest najlepszy na świecie, podczas gdy szachy mistrza świata mają, a świat szachowy jest zwykle podzielony, jeśli chodzi o opinie na temat najsilniejszego zawodnika globu. Więc może zrezygnować z mistrzostw całkowicie? Przed 1884 rokiem nie grano o tytuł, bo Steinitz dobrze wiedział, że może sobie mieć i sto tytułów, ale póki żyje Morphy, będą wątpliwości. Dziś źródłem podobnych wątpliwości jest Kasparow. Będą inni. Rezygnacja z MŚ utrupia te wątpliwości, z pewnością nie służące naszej dyscyplinie, u samego źródła.

    Pozdrawiam serdecznie

  • 18 maja 2011 - 14:11 | Permalink

    Co do wypowiedzi Mekk-i, że partie Kramnika nie są ciekawe, to chyba kwestia gustu. Jednym się podobaja, innym nie. Ktoś może oczekiwać ostrych partii, wtedy subtelny styl Kramnika może mu nie odpowiadać. Pietshaq dał do zrozumienia, że Kasparow jest nadal topowym szachistą. Może pod względem medialnym i sentymentalnym tak, ale chyba nie pod względem szachowym. Już ładnych kilka lat temu jego siła gry spadła i na turniejach osiągał raczej średnie wyniki.

    • 19 maja 2011 - 11:11 | Permalink

      Toteż o względzie medialnym mówiłem. Z mojej wypowiedzi nie wynika, że jest najlepszy – natomiast twierdzę, że jeszcze przez jakiś czas tak zwane przypadkowe społeczeństwo na wieść, że mistrzem świata został Anand/Griszczuk/Gelfand (niepotrzebne skreślić) zareaguje w sporej części jakoś tak: „O, wygrał z Kasparowem? Nie?! E, to co to za mistrz…”, a to spowoduje, że tytuł MŚ nie będzie miał w społecznym odbiorze należnego mu prestiżu, nawet jeśli posiadacz tego tytułu faktycznie będzie najsilniejszym szachistą globu.

    • 20 maja 2011 - 16:26 | Permalink

      Dwa ostatnie turnieje Kasparowa to wygrane w pogromowym stylu mistrzostwa Rosji 2004 i współwygrane wraz z Topałowem Linares 2005. Byłbym zatem ostrożny z pisaniem o średnich wynikach. Po Linares skończył karierę. Oczywiście dziś, po długiej przerwie, zapewne jego siła gry znacznie spadła ale nie ma podstaw by o tym wyrokować.

      Kramnika nie cierpię oglądać nie dlatego, że gra technicznie, tylko dlatego, że kolosalnie często w ogóle nie próbuje wygrać i niemal nigdy nie podejmuje ryzyka.

  • 19 maja 2011 - 18:24 | Permalink

    Aaaa, w takim razie źle zrozumiałem wcześniejszą wypowiedź. Pod tą podpisuję się oburącz. Faktycznie, pomimo spadku siły Kasparowa, jest on nadal postrzegany przez przez osoby słabo związane z szachami, jako topowy gracz. Zresztą, gdyby teraz ogłoszony kolejny mecz Karpowa z Kasparowem, to byłby śledzony z o wiele większym zainteresowaniem, niż chociażby pojedynek zwycięzcy obecnego meczu pretendentów z Anandem.

  • 19 maja 2011 - 18:41 | Permalink

    Czy mój komentarz się pojawi?

    • mateuszbartel
      19 maja 2011 - 19:04 | Permalink

      Jeśli chodzi o ten – pojawił się. Innych nie było.

  • 20 maja 2011 - 19:24 | Permalink

    Pisałem wcześniej o typowaniu (Wkrótce mecze pretendentów!)ale być może u mnie był problem skoro się nie pojawił (stawiałem na wygraną Kramnika) ale jak już pisze o typowaniu to myślę że teraz Gelfand na tyle zamieszał, że może ten mecz wygrać 🙂

    Ps. Jedno pytanko 🙂 nie wiem czy jest tu na blogu, takie coś jak „obserwatorzy” ?

    Tymczasem pozdrawiam 🙂

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *