Źródła sukcesu

Utalentowanych szachistów są setki, jeśli nie tysiące. W końcu samych arcymistrzów jest już bez liku. Jednak tych, którzy w szachach osiągają naprawdę dużo jest już niewielu. W tym wpisie chciałbym zastanowić się jakie są różnice między szachowymi wyrobnikami, a prawdziwymi mistrzami 64-ech pól.

Ostatnio częstotliwość moich wpisów ukształtowała się na kiepskim poziomie mniej więcej jednego wpisu na miesiąc. Nieco na tym ubolewam, ale wbrew wielu opiniom nadal jestem czynnym zawodnikiem (i to nawet z niejakimi ambicjami, popartymi – UWAGA – nawet jakimiś treningami). W związku z tym wpisy pojawiają się niejako przy okazji. Mój zapał skutecznie gaszą też autorzy piszący o szachach w polskim Internecie. Jak czyta się niektóre głupoty, to naprawdę żal rozpoczynać dyskusje nad ciekawymi tematami. Może faktycznie nie warto zawracać sobie głowy takimi osobami (jak radzi mi wiele osób), ale ja niestety czytam różne „merytoryczne” witryny, na których można dowiedzieć się, np. że Darek Świercz uzgodnił remis z Kacprem Piorunem (podczas MŚ’20) jeszcze przed partią. Żeby sugerować coś takiego, zwłaszcza nie znając żadnego z zawodników, trzeba być osobą o naprawdę złej woli (choć ciśnie się szereg mocniejszych określeń). Gorzej jednak jak ktoś się przy tym, wbrew faktom, upiera – to już świadczy po prostu o jego standardach moralnych.

Przywykłem już do tego, że o mnie (czy też o innych polskich arcymistrzach i arcymistrzyniach) pisze się informacje wyssane z palca i nawet nie mam zamiaru ich prostować – choć na blogu mógłbym się o to w sumie pokusić. Z drugiej strony jednak to całkiem zabawne – skoro mam już pewien dystans – dowiedzieć się wielu rzeczy urojonych w pełnych fantazji głowach. Niezłe jaja!

Od czasu do czasu obrywa się wielu – grono osób szkalowanych nie jest znowu tak bardzo elitarne – w końcu wrzucić można każdemu, czy się powód ma czy też nie. Martwi mnie jednak to, że obraża (bo sugerowanie jakichś uzgodnień jest obrazą) także młodych zawodników, zupełnie ich nie znając. A zarówno Darek, jak i Kacper to super chłopaki, o wspaniałych sportowych charakterach. Im też się dostało. Nie brakowało już przypadków sportowców, którzy z internetową, ale także „dziennikarską”, hołotą nie dawali sobie rady. Głośnym echem odbiła się rezygnacja z kadry siatkarki Doroty Świeniewicz, a myślę, że osób, które z taką krytyką mają problemy są setki.

Wycieczki pod adresem różnych sportowców, w tym szachistów, to niestety standard. Krytycy i „oceniacze”, najczęściej bez elementarnej znajomości tematu, jadą po ludziach z radością. I to mnie w tym całym Internecie przeraża. Nawet bardziej mnie to dziwi jak ośmieszają się osoby, które podpisują się własnym imieniem i nazwiskiem. W hermetycznym środowisku szachów to nie tylko psuje atmosferę, ale także zniechęca do środowiska innych. Nie jeden mecenas szachów czy obrotny działacz wycofał się z wspierania szachów dzięki „życzliwym”. Mam jednak wrażenie, że się powtarzam i trafiam grochem o ścianę…

Mimo jednak tego, że w sieci nie brakuje takich „kwiatków”, to chyba warto prowadzić dyskusję z tą częścią użytkowników, którzy jednak potrafią być obiektywni i merytoryczni. Zatem przejdźmy do tematu.

 

Temat cech, czy też umiejętności, które powinien mieć, może nie wybitny, ale już należący do ścisłej czołówki światowej, zawodnik jest tematem prawie nieograniczonym. Możemy wyszukać masę cech czysto szachowych, sporo cech charakterologicznych czy wiele cech sportowych. O ile sprawy szachowe są bardziej znane, to dwa następne zbiory cech jakby mniej. I to o nich postaram się napisać. Zapewne warto by to jakoś usystematyzować, i zapewne gdzieś zostało to już zrobione, choć sądzę, że przy okazji innych dyscyplin. Ja jednak nie dysponuję opracowaniami naukowymi i robię to „na czuja” – w końcu sam nie jestem zawodnikiem czołówki światowej. Mogę się zatem mylić i chętnie poznam inne punkty widzenia. Za chaos przepraszam – on jest u mnie obecny nie tylko na szachownicy!

 

Zacznę od chyba bardzo oczywistej, ale też niezbyt często poruszanej sprawy jaką jest wyciąganie wniosków. Chociaż każdy zawodnik od małego uczony jest analizy partii, to już wcale nie tak duży procent z nich te partie potrafi analizować. Grono osób, które potrafią analizować, a następnie zebrać spostrzeżenia i wyciągnąć z nich wnioski jest jeszcze mniejsze. Jeżeli na tym polu zawodnik ma braki to skutki są łatwe do przewidzenia – powtarza te same błędy. Zawodników, którzy podążają tymi samymi – błędnymi – ścieżkami jest naprawdę zaskakująco wielu, wystarczy wspomnieć choćby o tych, którzy regularnie gubią punkty w niedoczasach, tych którzy regularnie mają problemy w tych samych debiutach lub tych samych strukturach, końcówkach itd.

Oczywiście, nie wszyscy, którzy powtarzają błędy nie są ich świadomi. Grupa zdających sobie sprawę z własnych mankamentów, która mimo wszystko problemów nie potrafi rozwiązać nie jest mała (grupę tych, którzy wiedzą, ale nic zrobić nie chcą raczej należy przemilczeć). Tutaj wchodzi na scenę temat odpowiedniego doboru treningu. Nieoczekiwanie jednak problemem nie jest sam fakt tego co robić, ale tego by zmusić się by to wcielić w życie. Dwa najpopularniejsze typy zawodników, które mają z tym problem to „liczący teoretyk”, który bardzo dobrze liczy warianty i jest świetnie przygotowany debiutowo (oczywiście – relatywnie do swojego aktualnego poziomu) oraz „technik strateg”, który zna bardzo wiele typowych struktur z gry środkowej, znakomicie czuje spokojne pozycje, gra dobrze końcówki. Zawodników obu typów jest naprawdę wielu i to co ich łączy to niechęć do uzupełnienia swoich braków. Zawodnicy pierwszego typu, by progresować, powinni poduczyć się strategii i końcówek, drugi typ powinien poprawić liczenie i debiuty. To oczywiście spore uogólnienie, ale ma przedstawiać problem tego, że często szachiści po prostu nie lubią pracować nad tym, czego zwyczajnie nie lubią. Jak pokazują przykłady innych dyscyplin – bez bólu nie ma sukcesów – i szachy nie są tutaj żadnym wyjątkiem. Jednak wielu zawodników jakoś nie wierzy w to, że największy postęp nie dzięki polerowaniu tego co umie się dobrze, ale na eliminowaniu swoich słabości. Nie jest to – jak wspomniałem – ani proste, ani przyjemne, ale efekty przynosi szybko. Dużo trudniej grać z zawodnikiem, którego słabe cechy są dobrze ukryte. Jak spojrzymy zresztą na najlepszych to naprawdę trudno będzie nam wskazać jakie są ich wady. Zupełnie nieprzypadkowo – to zawodnicy wyjątkowo uniwersalni.

 

Następną rzeczą, o której warto wspomnieć, jest motywacja. Odpowiednio umotywowany zawodnik, posiadający konkretne cele może konsekwentnie poprawiać swój poziom gry, co ważne – bez względu na wiek! Zawodnicy dla których motywacja nie stanowi problemu potrafią grać bardzo długo – najlepszym przykładem tego jest Korcznoj, a ostatnio np. Gelfand. Przykład Gelfanda, czy ostatnio także np. Swidlera, jest bardzo znaczący – zawodnicy po „trzydziestce” spokojnie mogą się rozwijać – osiągać największe sukcesy – oczywiście jeśli mają motywację, jeśli im się chce. Tak powszechne wysyłanie graczy 30+ na emeryturę jest zatem w wielu przypadkach mocno niesprawiedliwe. Jeśli mają przed sobą cele i odpowiednią motywację – wszystko przed nimi. Z motywacją jest jednak taki problem, że kształtuje się ją od małego, moim zdaniem poprzez odpowiedni dobór turniejów – czyli granie z silniejszymi. Zwłaszcza w młodym wieku zawodnicy powinni mierzyć tak wysoko jak się da, a nie zadowalać się krążkami MP, ME czy MŚ juniorów. W kontekście dorosłej kariery one wiele nie znaczą, a mogą w przyszłości hamować stawianie nowych, wyższych celów i utrudnianie motywacji, gdy te cele (postawione dużo za późno) będą się wydawać nieosiągalne.

 

Następna sprawa, o której chciałbym napisać, to wola walki. Możemy oczywiście nazywać ją w różnoraki sposób, ale przekaz jest jasny – silny zawodnik musi dążyć do wygranej, do pokonania przeciwnika. To zresztą ważne – i jest jedną z cech, które sprawiają, że szachy w jakimś stopniu są sportem – celem nie jest rozegranie pięknej, poprawnej partii – ale cały punkt. Co to oznacza w praktyce? Generalnie chodzi o to, że silni gracze potrafią zaryzykować, znaleźć moment, w którym np. zamiast poprawnego i najlepszego ruchu, który prowadzi do oczywistego remisu, zaryzykują, zagrają słabiej, narażą się na problemy – ale postawią te problemy także przed rywalem. Może brzmi to nieco śmieszne, ale gdy przeanalizujemy partie Magnusa Carlsena czy Levona Aroniana, a wcześniej choćby Tala, przekonamy się, że w szachach wcale nie tak ważna jest obiektywna ocena pozycji, a jej trudność praktyczna. Zawodnicy z dużą wolą walki – a w czołówce większość zawodników taką wolę walki posiada – potrafią (zwłaszcza w starciach ze słabszymi rywalami) w kluczowych momentach ryzykować, by wygrać, by pokonać przeciwnika – przechodząc nawet blisko porażki.

Z wolą walki łączy się jednak kolejny element – czyli harmonia. To coś absolutnie podstawowego z funkcjonowaniu całego świata, w szachach działa rzecz jasna tak samo. Ryzyko ryzykiem, wola walki – wolą walki – ale trzeba wiedzieć kiedy sobie można na takie zabawy pozwolić. Nie brak wśród szachistów graczy, którzy zawsze atakują, albo takich, dla których solidność jest wartością samą w sobie. Takie skrajności są oczywiście dużą wadą i dążyć trzeba do harmonii, do wspomnianej wcześniej uniwersalności.

Na zakończenie warto jeszcze napisać o pewności siebie. W czołówce nie ma ludzi, którzy nie są pewni siebie. Zresztą to widać – wystarczy popatrzeć jak Ci zawodnicy siedzą przy partii, jak wykonują posunięcia. Posłuchać jak mówią o swoich pozycjach, partiach. Często może to być – zwłaszcza w takim kraju jak Polska – źle odbierane, co trafnie w jednej z piosenek ujęła Pidżama Porno.

W tym kraju są zasady
Ten kraj ma to w zwyczaju
Równo ścinać wszystkie głowy wystające zza połowy

Fakty są jednak takie, że pewność siebie daje bardzo dużo. Zawodnik, któremu trzęsie się ręka, gdy wykonuje ruch, zawodnik, który nie jest pewien swoich umiejętności, w którego oczach i zachowaniu widać strach – wiele nie osiągnie. Musi być pewny siebie – a przynajmniej na takiego wyglądać. Oczywiście – nie można popadać też w skrajności, w której wielu – nie tylko wybitnych – zawodników popadło. Choroba „omnibusa” jest niestety powszechna i zgubna dla każdego – zarówno na płaszczyźnie życiowej jak i szachowej. To już jednak temat na inną historię.

 

Do poruszenia jest jeszcze ogromnie wiele aspektów – zapewne warto zająć się tymi bardziej szachowymi. Mam nadzieję, że w komentarzach znajdzie się sporo ciekawych uwag. I zapraszam do tworzenia swoich blogów na ChessBrains.pl – np. użytkownika Shrek1953. Jego wpisy są zawsze interesujące i merytoryczne – a przede wszystkim na poziomie. Chętnie poczytałoby się więcej – takich kulturalnych i sensownych wypowiedzi zdecydowanie brakuje. Cieszy natomiast powstanie bloga prowadzonego przez użytkownika „achk”, który bardzo dobrze się czyta – do dzieła zatem!

 

 



21 komentarzy

  • 24 września 2011 - 10:32 | Permalink

    Bardzo ciekawy artykuł, przydatny, jak sądzę, również dla słabszych graczy. Z perspektywy takiego słabszego (ok. 2000) gracza odpowiem, z czym nie do końca się zgadzam.

    Po pierwsze: uniwersalność. Jest dobra, i to na wielu płaszczyznach (kiedyś zauważyłem, że zagranie raz na rok czarnymi 1. e4 Sa6 skutecznie zniechęca ludzi do przygotowywania się na mnie), ale chyba nie absolutnie konieczna. Mistrzowie świata mieli swoje style, ulubione i nielubiane typy pozycji, nieprzypadkowo określani byli cechami odróżniającymi ich od innych. Nie chodzi o to, że jako cechę charakterystyczną Tala podaje się ofensywność ze skłonnością do poświęceń, a Karpowa – dokładną, techniczną grę. Chodzi o to, że jako cechę charakterystyczną Spasskiego podaje się uniwersalność. Skoro to go odróżnia od innych mistrzów świata, to znaczy, że inni mistrzowie świata uniwersalni nie byli.

    Botwinnik „odbił” Talowi tytuł mistrzowski właśnie dlatego, że zadał kłam tezie, jakoby u najlepszych (w tym przypadku: u mistrza świata Tala) trudno było znaleźć wady w grze. Oczywiście, „niezrozumienie technicznej pozycji” w wykonaniu Tala znaczyło nadal tyle, że pokonałby on czysto technicznie całą masę nawet krajowych mistrzów.

    Co więcej, styl zawodnika bardzo często wynika z jego natury, i uniwersalność bywa dla niego po prostu nieosiągalna. Max Euwe nazywany był genialnym taktykiem, który za wszelką cenę starał się być genialnym strategiem, i coś w tym było: on sam dążył do budowania logicznych partii opartych na klarownych, strategicznych planach, a rozstrzygał je na swoją korzyść taktyką, i to nie zawsze taką przywodzącą na myśl powiedzenie „koniec wieńczy dzieło”. Niekiedy w porównaniu z resztą partii uderzenie było zupełnie „nie od kompletu”.

    Sporo zawodników dość skutecznie ucieka od uniwersalności, w zamian stawiając na „siłę perswazji”. Chodzi o to, że ktoś, kto czuje się lepiej w spokojnych, manewrowych pozycjach, nie musi koniecznie szlifować taktyki – może w zamian szlifować umiejętność przeszkadzania przeciwnikom w zaostrzaniu pozycji.

    Uniwersalność, paradoksalnie, przydaje się raczej słabszym graczom. Raz dlatego, że u nich „słabsza strona” oznacza na ogół kompletne dno (jak w moim przypadku, gdzie „słabą stroną” są końcówki), a po drugie dlatego, że skoro statystyczny przeciwnik jest na podobnym poziomie, to u niego „słaba strona” też oznacza kompletne dno, i naprawdę niedużo trzeba, żeby być od tego poziomu wyraźnie lepszym.

    Co do woli walki: większość czołówki faktycznie ją ma. Taki Piotr Leko pokazał jednak, że można jej (w sensie zdefiniowanym przez Autora notki) nie mieć, a należeć do światowej czołówki. Natomiast myślę, że z biegiem czasu będzie rosło znaczenie nie tyle woli walki, ile umiejętności znalezienia najlepszego praktycznego posunięcia (zwłaszcza w pozycji, gdzie jest ono oczywiście różne od najlepszego obiektywnego). Gracze zatracają tę umiejętność pracując z komputerami, których coraz lepsze silniki są bezlitosne wobec nieobiektywnych praktyków – ci, którzy się w tym gąszczu odnajdą, mogą powtórzyć sukces Tala.

    I wreszcie co do harmonii. Sądzę tutaj, że ważniejsze będzie „pójście pod prąd”. Mam tutaj na myśli to, że jeśli wszyscy atakują, to każdy jest przygotowany na to, że przeciwnik będzie atakerem. Przeciwnik będący znakomitym defensorem może zdobyć sporo punktów za to, że robi to, czego nie robią inni – więc inni nie są nauczeni grać przeciwko czemuś takiemu. Oczywiście – najlepiej połączyć to z uniwersalnością. Źle gra się w tenisa przeciwko leworęcznemu… ale jeszcze gorzej przeciwko oburęcznemu 🙂

  • Drakonik
    24 września 2011 - 16:36 | Permalink

    Ciekawie napisane. Jednak czegoś mi tutaj brakuje. Weźmy pod uwagę bardzo młodego, lecz rozwijającego się zawodnika. Wg mnie potrzebne są tutaj także chęci rodziców, pieniądze rodziców, czas rodziców itp., itd. Może czynnik „rodzice” jest równie ważny, pomagający w rozwinięciu się szachowego mistrzostwa?

    • mateuszbartel
      24 września 2011 - 21:40 | Permalink

      Bez dwóch zdań rodzice mają wielką rolę do odegrania w karierach swoich pociech. To jednak temat rzeka… Może kiedyś o nim napiszę. Zachęcam jednak do przedstawienia swoich wrażeń!

  • Panda14
    25 września 2011 - 18:58 | Permalink

    W Polsce w głoszeniu kontrowersyjnych tez wiodą „Trzej Tenorzy” – warszawski sędzia szachowy Piotr Kaczorowski, zamieszkujący na stałe w Niemczech Jerzy Konikowski oraz Zbigniew Nagrocki wraz z partnerką życiową Galą Gerszonowicz (aka Hindą Śledziewską). Poza notorycznym wylewaniem swoich frustracji na blogach łączy ich jeszcze jedno. Wszyscy to niespełnieni szachiści, którzy patrzą z zawiścią na obecne sukcesy i medale dyscypliny w kraju. Mateusz nie zwracaj uwagi na bzdury tam wypisywane, bo tylko nakrecasz ich do pisania kolejnych odcinków „twórczości”.

    • Shrek1953
      26 września 2011 - 00:40 | Permalink

      Tacy ludzie w czasach przed internetem wylewali swe żale w monologach z telewizorem ze znanym skutkiem. Internet daje szansę powiadomienia całego świata jakie oto mamy przemyślenia. I często udaje się sprowokować kogoś do reakcji i już „wampirek psychiczny”
      może się przyssać i ssać…
      Nie ma to przecież niczego wspólnego z merytoryczną dyskusją. Takowa bowiem jest wymianą energii a chodzi o to aby płynęła ona tylko w jednym kierunku . Nie dotyczy to wszystkich wpisów owych wspomnianych ale zawsze jest takie niebezpieczeństwo a nie wiadomo kiedy są głodni.
      A wtedy nie ma przebacz!

  • Adam
    25 września 2011 - 19:26 | Permalink

    Jest takie znane powiedzenie działacza sportowego do innych działaczy: „cała Polska widziała, a wyście nie widzieli??”. Niektórzy nigdy „nie zobaczą”.

  • Adam
    25 września 2011 - 20:18 | Permalink

    Już w 1982 roku Grzegorz Ciechowski śpiewał:

    „Nierówni myślą że to źle Równym być
    chcą ładnie pachnieć chcą być chudzi chcą tyć
    Centralny Wyrównywacz wskaże nam ich
    i jeszcze dzisiaj założymy im:
    równe buty równe zęby nos
    równy w stronę baz produkcji krok
    równą fabą wyrównamy ich
    równym hasłem: masz równym być”

  • Shrek1953
    26 września 2011 - 00:25 | Permalink

    Mateuszu!
    Dziękuję za pozytywną opinię mych działań na blogu. Mam jednak tzw. mieszane uczucia co do tej „misji”. Powody podobne jak przedstawione przez Ciebie. Zresztą z tych samych powodów nie palę się do założenia własnego bloga.
    Można wprawdzie postąpić metodą P.Kaczorowskiego i podawać tylko bezzwrotny destylat swych myśli ale taka opcja jest dla mnie zupełnie pozbawiona sensu.
    Nie reagować łatwo i tak trzeba ,gdy coś tam piszą na innych blogach na nasz temat. Nie bardzo jednak wiadomo jak reagować ,gdy na moim blogu pojawi się jakiś „głodny duch”.
    Uodporniłem się wprawdzie na bzdury pisane przez „wampiry psychiczne” , wciąż poszukujące energii aby zaistnieć ale mało mnie to bawi. Z wiekiem coraz to mniej. Znane jest powiedzenie, że gdy tłumaczysz, że nie jesteś wielbłądem to jednak powstaje podejrzenie, że coś w tym jest.W końcu po co się tłumaczysz?.
    To w nawiązaniu do tego „uzgodnionego” remisu. Cały wywód P.Kledzika na ten temat, pozbawiony zresztą logiki, mimo jej pozorów ,jest klasycznym tego objawem .
    Nawet gdyby przyjąć, że są to tylko słowa przeciwko słowom i każdemu może się zdarzyć to przy braku pewności co do rzeczywistego stanu rzeczy w jakim celu się snuje takie fantazje? Jaka jest motywacja J.Konikowskiego i „twórczo” interpretującego P.Kledzika?
    Na blogu J.Konikowskiego obaj wydają się być zadowoleni ze swych rojeń i już mnie to nie dziwi.Na szczęście Kacper nie czyta tych bzdur i mam nadzieje, że Darek też
    Ciekawe jak się mają one, te rojenia do prawdy w ujęciu Arystotelesa na, którego autorytet powołał się nie tak dawno na blogu J.Konikowski.
    Zwłaszcza, że rzeczony filozof niestety nie może się włączyć do dyskusji nad prawdą.
    A może i dobrze bo też by swoje oberwał…
    Do niedawna uważałem, że nawet tym oponentom z diametralnie rożnymi od moich opiniami można coś wyjaśnić. Byłem naiwny aby nie powiedzieć mocniej.Nie da się !
    I nie ma sensu.
    Jednak nie piszesz przecież dla tych ludzi. I to jest to co może kiedyś skłoni mnie do prowadzenia bloga , głównie o tematyce szachowej.Z przewagą problemów szkoleniowych.
    Nie mam „jedynie słusznych poglądów na wszystko”
    Co do nowego tematu może coś napiszę w miarę przyrostu weny twórczej.

  • kilkutysięczny_grajek
    26 września 2011 - 00:27 | Permalink

    Ciekawe spostrzeżenia.
    Odpowiedni dobór treningu zaliczyłbym do cech czysto szachowych.
    Ogólnie dopisałbym jeszcze do tego Twojego zestawu kondycję fizyczną oraz bardzo ważny aspekt kondycji psychicznej. Uważam, że jest to nie do przecenienia (z czołówki tutaj można by pisać o Moro, a nie z czołówki chyba wszyscy wiemy jak się gra gdy w życiu jest górka, a jak kiedy mam wiele spraw na głowie)

    Mam takie pytania:

    Co powinien robić Twoim zdaniem zawodnik 2400+ aby poprawić umiejętności taktyczne?

    Z pozoru wydaje się to absurdalne, ale moim zdaniem wcale odpowiedź na nie nie jest oczywista – mam na myśli to, że ma się już jednak pewien poziom i nie jest lekko znaleźć odpowiedni materiał, może coś polecisz?

    Kolejne pytanie jest następujące: czy narzucony repertuar agresywny u gracza, który woli grę spokojniejszą, ma dużą szansę przynieść efekty (jako forma treningu w celu uzyskania uniwersalności, a co za tym idzie ogólnie wyższego poziomu)?

    Jak pracować nad wolą walki? Można tutaj odpisać prosto: „graj każdą partię na wygraną” , ” graj tak, jakby każda partia była tą decydującą” lub coś w tym stylu, ale dobrze wiesz, że np. czarnymi wiele osób z czołówki światowej tak nie postępuje, mimo, że woli walki im odmówić nie można.

    Zastanawiam się tutaj nad tym czy błędem jest postępowanie za Adamem M. – dążenie do tego, żeby w każdej pozycji zrobić najlepszy ruch. Czy nieumiejętność podjęcia ryzyka(mam tutaj na myśli świadome „pójście na gorszą”) porażki można stanowczo uznać za wadę? (ja na przykład uważam, że P.Swidler ryzyka nie podejmuje – często remisuje ze słabszymi graczami w sytuacji gdy gra mogłaby przynieść mu porażkę).

    I wreszcie kwestia doboru startów. Jak postrzegasz potrzebę zachowania proporcji pomiędzy graniem możliwie dużo, a jednocześnie nie za dużo. Jak wyczuć granicę? (pomijam aspekt czy z przyczyn pozaszachowych duża ilość startów jest możliwa)

    Pozdrawiam

  • Shrek1953
    26 września 2011 - 18:03 | Permalink

    Obawiam się, że ten temat jest zbyt trudny do ogarnięcia nawet dla grupy chętnych do dyskusji. Jakoś nie widać aby się ktoś bardzo do takowej palił Ani zawodnicy ani trenerzy. Może zbierają się w sobie. Mam taką nadzieje.

  • Shrek1953
    28 września 2011 - 01:34 | Permalink

    Opakowanie zastępcze

    W czasach PRL-u często używano takiego terminu bo i przypadki braku oryginalnego opakowania były częste.
    Zacytuję stosowny fragment:
    „Przy tej okazji chciałbym wyjaśnić jeszcze problem mojego komentarza w tekście „Vivat Darek!” z 15 sierpnia: Wyjątkowo zagrał przeciwko Piorunowi 1.d4, ale to była z pewnością uzgodniona partia.
    Nie byłem na miejscu. Jest to więc moje przypuszczenie, które oparłem na następujących wnioskach:”
    Czyli było tak z pewnością czy było to przypuszczenie?Czy też z pewnością było to przypuszczenie bo jakoś nie mogę się rozeznać.
    Dalej jest jeszcze lepiej:
    „Moją ocenę pojedynku Świercz-Piorun oparłem właśnie na tych znanych przesłankach. To było przypuszczenie, a nie zdecydowana wersja! Jeśli obaj juniorzy grali rzeczywiście tę partię poważnie, to mogę w tej sytuacji tylko ocenić pracę trenera za błędne przygotowanie Dariusza do tego pojedynku. Nie zagrał 1.e4, co mu w pozostałych partiach przyniosło wiele punktów. Wybrany wariant był słaby i nie dał białym żadnej przewagi debiutowej. Także Piorun nie stanął na wysokości zadania, bo mógł zagrać lepiej! Czyli w tej rundzie można wystawić trenerowi Jakubcowi ocenę „2″.”
    Czyli jednak przypuszczenie to było. Ciekawe czemu tak się Jurek trzymał tego przypuszczenia? Jak napisał do mnie pewien kolega „niczym pijany płotu”
    Ale najciekawsza jest tu ocena pracy trenera Jakubca.Temu remisowi i faktowi, że Darek zagrał d4 ktoś musi być winny! No bo jak inaczej?
    Otóż Jurek jakoś nie zbadał kto był trenerem obu zawodników. A był to właśnie Artur Jakubiec! W tej sytuacji jest oczywiste, że nie przygotowywał ich na siebie. Czyli Darek jest sam sobie winien! No i Kacper też bo… No nie wiem tak do końca jak w takiej pozycji miał stanąć na wysokości zadania.
    Może by tak ukarać ich?
    Chociaż Darka to jakoś głupio bo Mistrz Świata ale takiego Kacpra to owszem. Zresztą poszedł w solving, zaniedbał się …Tak gdzieś zniknął „uzgodniony remis” a pojawiła się odpowiedzialność za remis, złe przygotowania . Komuś trzeba przy okazji nawtykać. Dzień bez żółci to dzień stracony!

    A oto inny fragment tym razem w wykonaniu p.Kledzika:

    „Osobliwie zdarzył się przypadek, w którym uznana w branży osoba zanegowała potrzebę zachowania kultury wypowiedzi. Fakt ten dotyczy osoby na poziomie, która z racji wykonywanych obowiązków trenerskich, sama powinna dbać o kulturę swoją i swoich podopiecznych, a nie publicznie negować taką postawę. Oczywiście wypowiadanie swojego znania firmowanego własnym nazwiskiem wymaga pewnej odwagi i odporności na ciosy. O wiele łatwiej ukryć się pod pseudonimem. Internet pełen jest wypowiedzi anonimów, którzy specjalizują się w oczernianiu innych i sianiu zamętu. Spora liczba tych osób trwa w błogim przeświadczeniu, że wątpliwa anonimowość umożliwia im działanie przypominające oplucie kogoś zza muru, albo przez półotwarte okno. Po tym czynie można szybko schować się w głębi domu, udając że „to nie ja”.

    Fragment ten dotyczy mnie, kindersztuby raz dobrego zachowania i wychowania.
    I nie tylko. Nigdy nie negowałem żadnej z tych cnót w ogóle. Zanegowałem w konkretnym przypadku, gdy język p.Kledzika był nienaganny w swej formie i :kindersztubny” a obelżywy w treści a raczej w intencji i to trzeba odróżniać a nie uogólniać. Jakoś moi podopieczni, liczni zresztą ani ich rodzice nigdy nie mieli mi niczego do zarzucenia w „tym temacie”
    Poza tym wyjaśniałem już dlaczego używam pseudonimu „Shrek1953” Czyżby p.Kledzik zapomniał?
    Nadał mi go jeden z trenerów i jakoś do mnie przylgnął. Nie zrobiłem niczego aby się kamuflować.Każdy kto ma jakiekolwiek pojecie o szachach wie kim jestem więc niech p.Kledzik daruje sobie i mnie wykłady z etyki ogólnej oraz internetowej.
    Jak pisał Jan Brzechwa w wierszyku dla dzieci:
    „Pan Marcin plecie androny
    Z czego plecie? Ano z łyka
    Taki andron upleciony jest podobny do koszyka”

    Język też może być opakowaniem zastępczym. A może by tak się ludzkim głosem odezwać Panowie?Dla odmiany.

  • Leszek
    29 września 2011 - 14:24 | Permalink

    Myślę że bardzo dużo czynników zależy od tego kto się nauczy grać ,,w miarę dobrze” lub po arcymistrzowsku, po pierwsze, predyspozycja a jeszcze bardziej ambicja, czyli szachist(k )a, musi chcieć byc lepszym, coraz lepszym, Zwłaszcza gdy się wiąże swoje plany życiowe z grą w szachy. A gdy jest dobry trener, ( do tego rodziców nie wahających się wydać większej sumy pieniędzy, bo chyba rzadko się zdarza żeby wybitny czy nawet dobry trener uczył za darmo ) który wie jak szkolić, zna środki na odpowiednią motywacja, no i w końcu kandydat na szachistę z prawdziwego zdarzenia, musi być zdrowy, a przy tym dużą odporność psychiczną na wiele, wiele problemów.

  • Shrek1953
    29 września 2011 - 22:59 | Permalink

    Kilka refleksji na nowy temat.
    Duże wrażenie zrobiły na mnie swego czasu wspomnienia Botwinnika, który przecież przez całe swe życie planował i realizował swe plany.Najbardziej utkwiły mi w pamięci: świadomość celu, dyscyplina,konsekwencja i zdolność samo-programowania.
    Do tego obiektywizm w ocenie siebie i przeciwników.Botwinnik był bezwzględny dla swych słabości i bezlitośnie je obnażał. Sądzę, że te cechy zdecydowały o jego sukcesie.
    Od Alechina,Fischera i Kasparowa moglibyśmy uczyć się pracowitości,przebojowości i jeśli jest to w ogóle możliwe tzw. instynktu zabójcy.
    Z poprzednich wpisów widać jak wiele jest tych komponentów i najwyraźniej nie da się ich pomieścić w jednym człowieku. Nawet mistrzowie świat mieli swe słabości i wyróżniali się pewnymi dodatnimi cechami.
    Pisałem już o tym ale powtórzę, że jedną z przyczyn dla których młodzi zdolni adepci sztuki szachowej niejako znikają przy przejściu do wieku seniora jest niezbyt wysoki poziom motywacji i priorytety, które spychają szachy na dalszy plan.
    Szkoła, praca ,założenie rodziny potrafią zmienić spojrzenie na swe dotychczasowe życie i mogą decydować o zmianie planów. W wielu przypadkach po sukcesach juniorskich następuje wejście w świat dorosłych szachów, gdzie wydaje się, e cała wcześniej wykonana praca jest niczym, że trzeba pracować jeszcze więcej bez żadnej gwarancji ( bo kto ja da?),że odniesiemy sukces. Tu zaczyna się prawdziwa szkoła wytrwałości, wiary we własne siły i sens tego co robimy.
    Wielu porzuca swe marzenia i godzi się na to co uważają za bardziej praktyczne. Mają świadomość swych ograniczeń. Słusznie lub nie. Nie zamierzam tu rozpatrywać żadnych konkretnych przypadków i rozliczać poszczególnych adeptów. To ich życie i ich wybory. Chciałbym tylko wskazać na pewne mechanizmy, które weryfikują naszą drogę i uniemożliwiają lub utrudniają odniesienie sukcesu.
    Piszę o tym bo przecież temat ten wielokrotnie powraca w rozmaitych dyskusjach. Najczęściej wskazuje się na kiepski poziom szkolenia, trudności jakie stwarzają działacze i zawistni konkurenci, kłopoty finansowe. Tak też bywa ale uważam, że większość nawet bardzo zdolnych adeptów „wymięka” w obliczu trudności jakie mogą ich czekać przez lata ciężkiej pracy. Istnieją pewniejsze i wygodniejsze sposoby zarabiania pieniędzy i tak często „przyziemne ” czynniki decydują o wyborze drogi. Smutne to ale prawdziwe.

  • szachista
    30 września 2011 - 14:49 | Permalink

    pietshaq
    ”Co do woli walki: większość czołówki faktycznie ją ma. Taki Piotr Leko pokazał jednak, że można jej (w sensie zdefiniowanym przez Autora notki) nie mieć, a należeć do światowej czołówki.”

    Mógłbyś wytłumaczyć czemu twierdzisz , że Leko nie ma woli walki ?

    • 4 października 2011 - 11:15 | Permalink

      W sensie zdefiniowanym przez Mateusza Bartla Piotr Leko przez długi czas nie miał woli walki, co objawiało się tym, że wolał zagrać na bezpieczny remis, niż zagrać na wygraną ryzykując porażkę. Niezależnie od siły turnieju robił zwykle w 14 rundach +2-1. Zawodnik z wolą walki tak, jak ją przedstawił Autor, robiłby wyniki bliżej +4-3. Oczywiście Leko grał (i nadal gra) bardzo dobrze, szukał zwycięstw, natomiast nie godził się na ryzyko.

  • Shrek1953
    30 września 2011 - 22:14 | Permalink

    Nie wiem jak rozumieć ten brak woli walki. Czy daje się w ogóle grać w szachy bez takowej?Szachy przecież zawierają element rywalizacji a tu wola walki jest chyba nieodzowna.

  • Shrek1953
    30 września 2011 - 23:24 | Permalink

    Rewolucja, ewolucja czyli Shrek – małym pikusiem!
    Zapewne zrezygnuję z tych wpisów lub założę rzeczywiście swój blog bo nie wiem czy wypada mi na czyimś blogu prowadzić pseudo polemikę wiedząc z góry jak się ona może skończyć. Jedna wypada mi zabrać głos bo dotyczy to działalności człowieka uchodzącego we własnym mniemaniu za rewolucjonistę polskich szachów.Przy okazji niedawnych wpisów dowiedziałem się, że Jerzy Konikowski ma misję odkrycia co się dzieje, jak to się dzieje, że bardzo zdolni polscy adepci sztuki szachowej po przejściu do wieku seniora gdzieś znikają.
    Pisałem o tym już i byłby to ciekawy temat do dyskusji. Jednak Jurek wciąż poszukuje winnych oczywiście znajduje ich bo kto szuka…Byli to Bernard, Matlak , bliżej nie zidentyfikowani trenerzy, prezesi Gdański, Sielicki. Może kogoś pominąłem lub Jurek pominął ale zapewne bez trudu znajdzie następnych.
    Ostatnio jednak w krucjacie przeciwko „siłom ciemności przeszedł siebie”. A raczej puściły mu nerwy.
    Bywa. Zwłaszcza, gdy się nie ma argumentów. Nie można było nikogo obwinić za osławiony remis Darka z Kacprem to trzeba było komuś przyłożyć.
    W całej swej działalności reformatorskiej w charakterze poprawiacza ocenił wielu zawodników, trenerów i działaczy. Zapomniał o najważniejszej postaci tego spektaklu jednego aktora a mianowicie o sobie. Jeden z moich przyjaciół wymyślił slogan: „Chcesz zrobić rewolucję? Ukończ najpierw ewolucję.”
    Wciąż ktoś jest czemuś winien,kogoś trzeba ocenić, ukarać, napomnieć.
    Bo jest wolność i demokracja. czyli można każdego opluć. Podam prosty przykład. Jurek poleca Czytelnikom stronę Z.Nagrodzkiego, gdyż i ten krytykuje PZSzach. Ładnie ale ja bym się trochę zastanowił czy polecić komuś stronę na której pod adresem prezesa Sielickiego pada sformułowanie,autorstwa Z.Nagrodzkiego zresztą że „zatacza się chodząc po ulicach Warszawy”.
    Rzeczywiście konstruktywna krytyka.
    Moje wyrzucenie z blogu J.K zostało tak opisane, że poczułem się nieomal jak wypędzony z raju. Przypomnę, że jest demokracja i mogę pisać gdzie chcę, zwłaszcza, ze wybór jest niewielki.
    Dalej zostałem wreszcie „zdemaskowany”. Rzekomo wielu znajomych Jurka było zaskoczonych moją tożsamością. To ciekawe bo jeśli ktoś ma jakiekolwiek pojęcie o szachach w Polsce to chyba wie kto przez kilka lat pracował z Kacprem Piorunem o czym pisałem wielokrotnie. Pisałem też o mych spotkaniach i terminowaniu u mistrza Balcerowskiego. Jeśli ktoś o tym nie wie to jak może sensownie dyskutować o szachach. Jakiś minimum wiedzy przydałoby się.
    Tak przy okazji szkolenia juniorów to jakoś do mnie się oni przyznają i z niektórymi do dziś mam kontakt. Poznałem wielu wspaniałych młodych ludzi, niektórych mniej innych bardziej zdolnych szachowo ale wspólnie pracując i będąc ze sobą tworzyliśmy wspaniałą atmosferę spotkania. Jestem im wszystkim głęboko wdzięczny .Nauczyłem się od nich tak wiele i mam nadzieję, że oni ode mnie też.
    Nie muszę nikogo przekonywać kogo to ja szkoliłem , cytować lisów, udowadniać czegoś. Ten kto wie ten wie i już. Dlatego zrobienie ze mnie jako Shreka – pikusia w dodatku małego traktuję ze współczuciem.Współczuję Jurkowi, że duma, bezsilność i arogancja każą mu tak pisać.
    I oczywiście nie żywię urazy .Trochę się obawiałem ,że coś takiego napisze. Obawiałem się o niego i dlatego zanim napisał wybaczyłem mu.

  • zalmoksis
    2 października 2011 - 13:53 | Permalink

    Panie Mateuszu wielkie gratulacje wspaniałego sukcesu w Słowenii. Jako sympatykowi polskich szachów jest mi niezwykle miło. Złoty medal na trzeciej szachownicy i świetny wynik 6,5 pkt z 7.
    Nie pamiętam czy kiedykolwiek polski zawodnik uzyskał tak olbrzymi wynik rankingowy i to jeszcze na zawodach takiej rangi.

    Gorąco pozdrawiam

  • Adam
    5 października 2011 - 08:45 | Permalink

    Jestem szachowym amatorem i nie czytam innych blogów. Kiedy widzę na tym blogu komentarze na temat innych autorów piszących o szachach to od razu je omijam. Moim zdaniem powinny one znajdować się na osobnej stronie tak aby szachiści, których nie interesują wzajemne animozje blogerów nie musieli ich czytać.

    Jeśli chodzi o trening to gram jeden turniej w roku bo na więcej nie pozwala mi żona i praca. W tym roku przed turniejem silnie pracowałem nad repertuarem debiutowym czarnych bo to była moja tzw. pięta achillesowa, pomimo że tak naprawdę to nie lubię pracy nad debiutami. Efekt był taki że wszystkie (!) partie czarnymi przegrałem w dużej części jeszcze w debiucie. W przyszłym roku zamierzam trenować taktykę i końcówki czyli to co lubię bo przecież szachy i trening mja dawać przede wszystkim frajdę. Ja i tak ani GM ani IM nie zostanę a w szachy gram dla przyjemności.

    PS. Psychika jest bardzo ważna. Zauważyłem że po kłótniach z żoną, która nie przepada za szachami (myślę że to też jest temat dla autora bloga na osobny wpis) mój poziom gry znacznie spada;)

    pz!

  • czoper
    26 stycznia 2012 - 13:42 | Permalink

    A co zrobić z tzw. „strachem przed wygraną”? Przegrałem (ocena kompuera) setki wygranych partii. Pozdrawiam.

  • 19 lutego 2012 - 16:56 | Permalink

    Witam
    Pogratulować świetnej wygranej w Moskwie, rozpoczynam swoją przygodę z szachami jako interesujący sposób do utrzymania pracy głowy powyżej średniej poziomowanej i mam nadzieję że będziesz odnosić wiele równie spektakularnych sukcesów z zimną krwią i wielką motywacją z głębi serca tego życzę…

    pozdrawiam serdecznie

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *